Fot. autor

Kiedy PRL nie umiała w swojej gospodarce planowej wytworzyć masła, namawiano ludność do jedzenia margaryny. Nie było dewiz na cytrusy, zachęcano do zwiększonej konsumpcji kiszonej kapusty. Drożał chleb, wmawiano nam, że to nic, bo staniały lokomotywy. Jak się okazuje, istota ersatzu, gorszego zamiennika, nie umarła.

REKLAMA
Niedawno posłanki rządzącej partii złożyły w Sejmie projekt zmian w ustawie o ruchu drogowym, bo uprzednio podniesione przez parlament limity prędkości są rzekomo przyczyną rosnącej liczby wypadków. Jedna z posłanek była łaskawa powiedzieć z trybuny sejmowej, że „prędkość zabija”. No tak, tę śpiewkę już znamy, tylko czy ma ona cokolwiek wspólnego z prawdą i czy prawda w ogóle jest politykom do czegokolwiek potrzebna?
Z pewnego punktu widzenia posłanka ma rację. Prędkość zabija w tym sensie, że prędkość 0 km/h zabić może tylko z wielkim trudem. Gdy przy każdym wypadku policjant wpisuje jako jedną z przyczyn „nadmierna prędkość”, nie kłamie, jeśli założymy, że każda wyższa od zerowej jest nadmierna. Ma to tyle wspólnego z rzeczywistością, co dopisywanie jako przyczyny wypadku słowa „cud”. Wtedy statystyka wykazywałaby ponad wszelką wątpliwość, że większość wypadków w Polsce powodowanych jest przez siły nadprzyrodzone.
Na autostradach niemieckich, gdzie średnia prędkość podróżowania jest najwyższa na świecie, wypadków jest relatywnie najmniej. Wynika to z konstrukcji dróg, organizacji ruchu i poziomu szkolenia kierowców. Czy szanowne panie posłanki wiedzą, w jaki sposób najczęściej giną na drodze Polacy? Otóż w zderzeniach czołowych. Na drogach jednojezdniowych. Zechcą miłe panie mi teraz udowodnić, że Wasz projekt zmian w ustawie spowoduje, że te wypadki znikną. Że jak się z powodu braku bariery energochłonnej ludzie zderzą czołowo przy średniej 45 km/h to wynik w kostnicy będzie lepszy niż przy 50 km/h, czyli sumarycznym 100 km/h.
A to wszystko tylko ersatz naprawdę potrzebnych zmian, szminkowanie trupa czy, jak kto woli, nieporadne odwracanie uwagi wyborców. Zawody piłki kopanej jeszcze trwają, a tu wypływają kolejne obszary programu budowy dróg, w których rządząca partia się nie popisała. Brak stałego nadzoru, bałagan i nierealne obietnice. Nie rozumiem doprawdy, czy GDDKiA to instytucja rządowa, czy też zajmująca się sabotażem agenda obcego wywiadu? Gdyby była instytucją państwową, to przecież premier usunąłby w sekundę osoby winne braku kontroli na budowach, te, które po dwóch latach nagle zauważają, że drogę buduje się z innych materiałów niż zamówione. Skoro to instytucja państwowa, to powinna wiedzieć, że pracuje dla tych ludzi, którzy w podatkach płacą pensje jej armii urzędników. Że należy się tym uczciwym ludziom, by w myśl „Umowy społecznej” Rousseau ich podatki wydawano na to, by dbać o ich bezpieczeństwo, to prawdziwe, a nie w instalację urządzeń do generowania przychodu z mandatów, ujętego w budżecie kraju! Rozumiem, że macierzysta partia tych pań nie chce, by mówiono o drogowej nieudolności, i stąd komiczny pomysł zmian w ustawie.
Zresztą nie tylko tę partię winię. Wszystkie bez wyjątku są winne, bo od 1989 roku zamiast przebudowywać stopniowo drogi na dwujezdniowe, zakładały rozmaite Agencje Budowy Autostrad i zachowywały się jak Bierut, który założył, że w Polsce prywatnych samochodów nie będzie. Dyskusje, czy wspierać cementownie i budować autostrady z betonu, czy rafinerie, i budować z asfaltu – a na koniec nie budowano z niczego. Politycy woleli apelować o bezpieczną jazdę i winić kierowców.
Czytały panie taki artykuł może? http://wyborcza.pl/1,100503,6828746,Morderca_jest_kim_innym_niz_to_opisuja_media.html
Powinnyście. Dokładnie trafia w moje własne obserwacje z 30 lat za kierownicą w Polsce i z ponad 2 milionów przejechanych kilometrów. Możecie, oczywiście, pozostać w świecie iluzji i powtarzać mity. Że Ziemia jest płaska, na jej krańcach mieszkają smoki, a choroby biorą się z uroku rzucanego przez czarownice.
Jeśli chcecie panie coś naprawdę zmienić, uratować parę tysięcy Polaków rocznie, mam dla Was listę propozycji zmian, które naprawdę zadziałają. Najpierw trzeba rozliczyć rząd z budowy dróg. Nie z mitów i bajek, ale z rzeczywistości. Potem wymusić budowę dróg dwujezdniowych zamiast różnych finansowanych z budżetu bzdur. Wprowadzić przepisy regulujące ruch na drogach dwujezdniowych, tak, by jazda lewym pasem, gdy prawy jest wolny, była jednoznacznie zabroniona. Tylko wtedy porządkuje się ruch i staje się przewidywalny.
Dalej trzeba uniemożliwić rejestrowanie w Polsce złomu, który w innym kraju Unii został na zawsze wycofany z ruchu. Przejedźcie się panie przed weekendem autostradą A4 od granicy, zobaczycie, jakie cuda się w Polsce dopuszcza do ruchu. Krzywe, zbudowane ze szpachli poliestrowej pokraki, który przy błahym wypadku rozpadają się na drzazgi. Dlaczego nikt nie sprawdza w naszym podobno unijnym kraju, czy dany VIN samochodu został bezpowrotnie skreślony z ewidencji niemieckiej czy innej? Populistyczny zabieg, by biedniejsi ludzie lepiej się poczuli? Bzdura. W żadnym normalnym kraju nie wszystkich stać na samochód. Nie prędkość, a naprawione złomy, w których w Niemczech zginęło już parę osób, zabijają. Im nowocześniejsze auto, im więcej ma stali wysokowytrzymałej, tym mniejsze możliwości naprawy rozbitego doszczętnie wozu – dlatego w Unii nie dopuszcza się do jego powtórnej rejestracji.
Następna sprawa. Dlaczego nasz rzekomo unijny dowód rejestracyjny nadal ma za mało danych? Dlaczego policjant nie może usunąć z ruchu auta z chińskimi reflektorami ksenonowymi? Stara Unia ma swoje prawo, a u nas może być takie bardziej rodem z Uzbekistanu? Jeśli auto nie ma reflektorów ksenonowych wpisanych w homologację, jazda nim po drogach w Unii jest całkowicie nielegalna. Aaa, diagnosta nie zwraca na to uwagi? A może by tak wprowadzić przepis, który w razie udowodnienia, że auto, które uległo wypadkowi ze skutkiem śmiertelnym, nie powinno legalnie poruszać się po drogach, bo naprawiono w nim elementy, których naprawiać nie wolno, wysyłałby diagnostę ze stacji kontroli pojazdów do więzienia za współudział?
Sporo jest obszarów, gdzie można coś zmienić naprawdę i uratować sporo ludzi. Zmarnowaliśmy wszyscy 23 lata. Gdybyśmy przebudowywali drogi na dwujezdniowe, jakieś 60 tysięcy Polaków więcej może byłoby wśród nas. Pomyślcie o tym, miłe panie, nim znów dacie się namówić na robienie propagandy jakiegoś legislacyjnego ersatzu. Jak dotąd, jest mi za Was tylko wstyd.