
Kultowy niemiecki kwartalnik o samochodach "ramp" już jest obecny na polskim rynku. Niedowiarkowie twierdzą, że tytuł piszący o luksusie, sztuce i ciekawym stylu życia w Polsce nie ma racji bytu. Jako redaktor naczelny mam szczerą nadzieję udowodnić im, jak bardzo się mylą.
REKLAMA
Pięć lat temu, w przestronnym, nowoczesnym biurze w samym centrum Reutlingen, najbogatszej gminy Niemiec, spotkało się kilku facetów. Prowadzili z powodzeniem agencję kreatywną, która tworzyła zawartość reklam wielu prestiżowych firm, głównie samochodowych. Ale, jak to bywa w procesie tworzenia reklam, wiele wspaniałych, dopracowanych rzeczy trafiało do kosza, bo wybierano inne wersje.
Panowie zebrani przy filiżankach kawy drapali się po głowach, rozprawiając, jak można zapobiec takiemu marnotrawstwu. I wtedy długowłosy artysta, właściciel agencji, Michael Köckritz, swoim cichym, zachrypniętym głosem zapytał: „a może z tego, co nam zostaje, warto zrobić i wydać magazyn?” Pomysł z pozoru zwariowany, po dopracowaniu okazał się fundamentem wyjątkowego kwartalnika, piszącego o samochodach (i nie tylko) w sposób zaskakująco mało niemiecki, bardziej artystyczny, mało dbając o pomiary zużycia paliwa czy pojemności bagażnika.
Pismo pod tytułem „ramp” spodobało się, mimo wysokiej ceny (w Niemczech teraz 15 euro), trafiło bowiem w gust tych odbiorców, dla których tandeta, plastik i kiepski design to nieznane słowa. To w większości mężczyźni, którzy mają 2, 3, a nawet 4 samochody w domu, rekordzista podobno aż 14 (!), dobrze zarabiający, z wyższym wykształceniem, nie stroniący od literatury, sztuki wysokiej i nowości techniki. Ludzie, którzy czerpią sensoryczną przyjemność z obcowania z pięknie zaprojektowanym i doskonale wydrukowanym magazynem, który zawsze liczy grubo ponad 200 stron i którego okładka tudzież grzbiet zawierają wypukłe elementy graficzne. „rampa” nie sposób pomylić z niczym innym.
Zdecydowana większość niemieckich prenumeratorów „rampa” ma w domu przynajmniej jedno Porsche, bardzo wielu jeździ Ferrari, inne popularne marki to dość łatwe do przewidzenia BMW, Mercedes i Audi. Czy zatem ma sens wprowadzanie takiego pisma na polski rynek, rynek, o którym zawsze słyszymy pesymistyczne sądy i prognozy?
Ma. Od ponad 20 lat redaguję w Polsce magazyny jako redaktor naczelny i te wszystkie moje miesięczniki oraz jeden tygodnik łączy jedna fundamentalna cecha wspólna: to pisma dla ludzi inteligentnych, oczytanych, wybrednych. Wszechobecny atak chłamu i tandety nie oznacza, że trzeba się do tego ataku przyłączać. Tak samo, jak nigdy nie zjem smażonej świniny w przydrożnym barze bez bieżącej wody w kuchni, tak samo nie mam zamiaru parać się dziennikarstwem skierowanym do ludzi zbyt ograniczonych, by przeczytać w jednym kawałku więcej niż 200 znaków. Pseudonewsowa papka o sztucznych celebrytach jest gorsza od glutaminianu sodu, zjadanego przez osobę, cierpiącą na chroniczną zgagę.
Wierzę, i od lat życie dowodzi, że moja wiara ma realne podstawy, iż w Polsce mieszka sporo ludzi bardziej wymagających niż czytelnicy tabloidów. Jednocześnie nie są to żadni fanatycy ani mentalne dziwolągi, tylko ludzie, z którymi nie obawiałbym się spędzić świąt czy wakacji. Tacy jak ja i moi znajomi. I dla nich właśnie od lat piszę i wymyślam kolorowe historie.
Polski „ramp” już do wielu z nich trafił, przekonując świeżym layoutem, dopracowanymi zdjęciami i tekstem, napisanym przez ludzi, których poczucie humoru smakuję i doceniam od lat. Już niedługo nowy numer, w części poświęcony samochodowym markom brytyjskim i brytyjskiemu stylowi życia. Będzie i Rolls, i Bentley, i Aston, i Jaguar, wszystkie w roli bohaterów naszych, polskich artykułów. Pierwszy numer współtworzyli ze mną Wojtek Jakóbczyk, Błażej Żuławski, Arek Grabowski, Robert Laska i wielu innych wspaniałych ludzi, z którymi bez wahania poszedłbym nawet na wojnę... no, z pewnego punktu widzenia poszedłem.
Nie przekonam tych, którzy uważają, że na takie pismo w Polsce nie ma miejsca. Trudno. Ja jednak pozwolę sobie pozostać przy swoim optymizmie: żyje w naszym kraju znacznie więcej bystrych, obdarzonych dobrym gustem ludzi o sensownych dochodach niż się wydaje pesymistom. Wracam do mojej przygody z kwartalnikiem „ramp”, bodaj najtrudniejszym redakcyjnie magazynem, jaki dotąd zdarzyło mi się tworzyć. Jednocześnie najbardziej satysfakcjonującym, bo łatwe rzeczy zadowolenia nie dają. Miłej lektury.
