Lamborghini Miura SV
Lamborghini Miura SV Fot. Piotr R. Frankowski

Kiedyś sprawa była prosta: seksowne nadwozie, silnik między osiami, włoska nazwa. Gotowy przepis na stworzenie superauta, idealnego dla faceta o urodzie Julio Iglesiasa i guście odzieżowym Buda Spencera.

REKLAMA
Większość znawców upiera się, że wszystko zaczęło się w 1966 roku, od Lamborghini Miury, tego auta, które jest tak spektakularnie rozbijane w początkowej sekwencji oryginalnej „Włoskiej roboty”. Z tego punktu widzenia jestem rówieśnikiem zjawiska superauta, co daje mi moralne prawo oceny tegoż. Zresztą żadnego prawa nie potrzebuję, przecież w polskim internecie można wyczytać dysputy osobników, którzy zażarcie kłócą się o cechy użytkowe samochodów, koło których nigdy nawet nie stali.
Miura wyglądała rewelacyjnie, trochę jak leżąca na brzuchu, wdzięcząca się do obiektywu modelka z tamtych czasów, na nasz dzisiejszy gust nieco zbyt piersiasta i nieco zbyt mocno wymalowana. Podobno przy naprawdę agresywnej jeździe to Lamborghini nie wypadało najlepiej, ale udawało mu się to, po co szczególny typ ludzi kupował tego rodzaju samochody – zapieranie tchu w piersiach przechodniom i siedzącym samotnie w swoich pokojach nastoletnim chłopcom z pryszczami na twarzach.
Narowiste zachowanie przy szybkiej jeździe i pełen pychy wygląd to cechy, które wyznaczyły granice tego, co tradycyjnie zwie się klasą superaut, samochodów z plakatów, samochodów marzeń. Typowy właściciel tradycyjnego superauta rzadko miał umiejętności kierowcy wyczynowego, które pozwoliłyby mu bez strachu przeszukiwać granice możliwości potężnego pojazdu, poruszającego się nierzadko na zawieszeniu jak z naszego Żuka, ale napędzanego śpiewnym V-12. Dlatego też prawdziwy „supercar” musiał trochę przerażać swego właściciela, by ten nie dowiedział się nigdy, jak bardzo niedopracowane inżyniersko jest jego cacko, i jednocześnie musiał przyciągać spojrzenia młodych kobiet jak surowa wątróbka muchy. Teraz szybkie przednionapędowe hatchbacki mają osiągi lepsze niż Miura i do szybkiej jazdy, dzięki ESP i innym wynalazkom, wymagają umiejętności bystrego szympansa.
Porsche 911, które od swego powstania balansowało na granicy świata superaut i normalnych samochodów (bo, w przeciwieństwie do niektórych włoskich dzieł sztuki, codziennie odpalało), na początku dzieliło z „Christine” Kinga olbrzymią krwiożerczość – na mokrej nawierzchni trzeba było mieć tajemną wiedzę, by wrócić do domu choćby ze stacji benzynowej. Silnik w Porsche 911, jak wiadomo, został błędnie umieszczony, co przez dekady zmuszało odważnych kierowców do studiowania trudnej sztuki dociążania przodu auta w zakręcie poprzez przedłużone hamowanie i jeszcze paru innych tematów. Najnowsze Porsche 911, o nazwie kodowej 991, już takich wymagań nie stawia. Skończyła się pewna epoka, doskonalenie wyjątkowego tworu, jakim jest samochód o mocy kilkuset koni z rozkładem mas Garbusa, doprowadziło do totalnej zmiany zachowań tego wozu, do ułatwienia obcowania z kosmicznymi osiągami.
Jeździłem całą masą samochodów z plakatów. Zawsze byłem dumny, gdy udało mi się zrozumieć budowę danego auta, poznać jego narowy i nad nimi zapanować. Cóż, producenci samochodów wiedzą, że nowe pokolenia zamożnych obywateli świata coraz mniej mają prawdziwych manualnych umiejętności, a coraz lepiej posługują się aplikacjami na iPhone’a – samochód o mocy 500 koni musi więc także stać się przyjazny i musi prowadzić kierowcę za rękę.
Czy zatem kilkadziesiąt lat żywota kategorii superaut ma się ku końcowi? Hybrydy rozpędzające się jak rakiety kosmiczne, proste w prowadzeniu jak elektryczny Smart, niebawem trafią do produkcji, Jaguar C-X75, Porsche 918, McLaren P1, dostępne dla każdego z luźnym milionem euro albo dwoma. Ale epoka superaut strasznych jak filmowy horror się nie skończy, tak samo jak z pojawieniem się formatu Blu-Ray nie zaginęła pamięć o takich aktorach jak Steve McQueen, którzy swą karierę zaczynali, gdy dźwięk stereo w filmie uważano za ekstrawagancję.
Tak samo, jak możecie kupić jego stare filmy i czerpać przyjemność z ich oglądania, tak samo możecie kupić pierwsze Porsche 911 Turbo, Lamborghini Countach, DeTomaso Pantera czy Ferrari Berlinetta Boxer i dać się nim przestraszyć tak, że jeszcze miesiąc po przejażdżce będą wam drżeć nogi. I o to chodzi w superautach właśnie. Nowe Porsche 911 potrafi bardzo wiele, ale za mało się go boję.