
Kilka dni temu trafiła nam się w centralnej Polsce gołoledź, rodzaj pogody, podczas której najlepiej zostać w domu. Mnie się jeździło bardzo przyjemnie na zwykłych zimówkach, ale coś mi się przy tej okazji przypomniało. Mityczne kolce.
REKLAMA
Polskie prawo jednoznacznie zabrania jazdy na oponach kolcowanych. Nie zawiera szczegółowych opisów prawidłowego zachowania na autostradzie, nie tłumaczy przejrzyście, na czym polega jazda na rondzie, ale zawiera taki oto zakaz. Mam podejrzenia, że żaden z autorów tejże inicjatywy ustawodawczej nie ma pojęcia, jak wygląda współczesna kolcowana opona, całkowicie legalna w Skandynawii, na północy USA i w Kanadzie. Pewnie myślą sobie, że to rodzaj narzędzia tortur z ponurego sadomasochistycznego snu, gumowy pierścień nabijany setkami ostrych kolców, długich i wysmukłych niczym te na grzbiecie jeżozwierza. Oczyma wyobraźni widzą, jak te kolce ryją w drogocennych asfaltach naszych idealnie gładkich dróg głębokie rowy, niwecząc wysiłki zmierzające do poprawienia infrastruktury drogowej pięknej naszej ojczyzny.
Faktycznie długie kolce są czasem używane - na przykład podczas Rajdu Szwecji w Rajdowych Mistrzostwach Świata albo na motocyklach, na których nieustraszeni Rosjanie ścigają się na lodzie, czasem przejeżdżając po nogach kolegów, którzy mieli mniej szczęścia. Ale "kolce" używane w Skandynawii, wybranych stanach USA i Kanady to drobne elementy metalowe, pod którymi w strukturze opony zazwyczaj znajdują się poduszki powietrzne, w które metalowy mikrobolec wciska się na nawierzchni bez śniegu i lodu. Od razu muszę zaznaczyć, że jazdy na oponach kolcowanych trzeba się nauczyć - radzi sobie z tym bez trudu staruszka o fioletowych włosach w Finlandii, ale robi to całe życie. Inaczej zachowują się na mokrym asfalcie, inaczej na śniegu i lodzie, inaczej na suchej nawierzchni. W najgorszych możliwych zimowych warunkach potrafią sprawić, że auto rozpędzi się, zahamuje i skręci tam, gdzie samochód na zwykłych zimówkach opuści drogę niczym flanelowa szmata rzucona niedbale na wyfroterowaną podłogę.
Argument, że kolce zniszczą nawierzchnie naszych dróg... Ech, nie chce mi się nawet pisać. Z każdą zimą coraz mniej bocznych dróg się odśnieża, soli czy posypuje piachem, i to najczęściej są te same drogi, które wykonano z taniej imitacji asfaltu, względnie ze smołowych łat i dziur. Więc nie dajmy się zwariować, niektóre kraje, w których w pewnych warunkach i między ustalonymi datami można jeździć na oponach kolcowanych całkiem legalnie, po prostu oznaczają pewne newralgiczne drogi jako takie, na których kolców stosować nie wolno. I tyle. Wśród tych krajów, które według autorów naszego prawa samobójczo pragną niszczyć sobie drogi, są Austria, Belgia, Luksemburg, Cypr, Dania, Finlandia, Łotwa, Norwegia, Szwecja, Szwajcaria i Turcja. Zakaz używania kolców w Hiszpanii jakoś mnie nie dziwi. Nieprzewidywalny klimat płaskiej jak stół Polski jest na tyle podobny do skandynawskiego, że wprowadziliśmy obowiązek całorocznej, całodobowej jazdy z włączonymi światłami - cóż więc przeszkadza, aby dopuścić ruch na oponach kolcowanych od końca października do końca marca na drogach, gdzie nie jest to zabronione stosownym znakiem?
Na początek, wzorem niektórych stanów w USA, można pozwolić na stosowanie opon kolcowanych w autach policji, służb ratowniczych, pocztowych i ekip, naprawiających uszkodzoną infrastrukturę. Szybko się okaże, czy bezpieczeństwo jazdy karetek pogotowia w rejonach górskich wzrosło, czy policjantom łatwiej było dojechać na miejsce wezwania. I wtedy legnie kolejny bastion szkodliwego mitu: kolcowane opony są warte paru zadrapań na asfalcie, jeśli dzięki nim więcej Polaków zdrowo dojedzie do celu podróży. Może producenci opon wyślą posłom do Sejmu zdjęcia kolcowanych opon, to dowiedzą się, że ich poglądy na ten temat są oparte na bujdzie. Nie tylko w tej sprawie, zanim się zagłosuje, warto przeczytać jakąś książkę.
