Widzieliście film „Johnny English Reborn”? Bohater pędzi po drogach Szwajcarii swoim służbowym Rollsem V16, a jego podróż można śledzić dzięki błyskom fleszy licznych fotoradarów. Piękna scena, dobry pomysł realizacyjny. Niedługo jednak już nawet autorzy polskich seriali będą mogli nakręcić podobną – łatwiej będzie się rozbić o słup od fotoradaru niż o latarnię uliczną.
REKLAMA
Wiem, wiem, to dla mojego bezpieczeństwa. Bo prędkość zabija. Dlatego w każdym wyścigu Formuły 1 startują nowi kierowcy, a piloci samolotów odrzutowych szkolą się latami, by tylko jeden raz polecieć naprawdę szybko. Dlatego też zawsze wtedy, gdy się spieszę, jedzie przede mną lewym pasem albo emeryt w berecie, który uczestniczy w biciu rekordu Guinnessa na najmniejsze zużycie paliwa, albo elegancka pani pisząca SMS-a. Jadą w tempie wystraszonych winniczków, więc teoretycznie są krzewicielami bezpieczeństwa i wzajemnej miłości.
Ogromna liczba funkcjonariuszy państwowych zajmuje się dbaniem o nasze bezpieczeństwo. Co roku słyszymy o nowych programach, inicjatywach czy projektach, których celem ma być zmniejszenie liczby wypadków i wykroczeń. I co najciekawsze, władza od razu zakłada, że Ci wszyscy ludzie są do niczego. Że nie wykonają swojej roboty. Nie przekonają kierowców, by jeździli jakoś inaczej, nie skłonią ich do unikania śmiercionośnej prędkości.
Dlaczego sądzę, aby tak właśnie myśleli przełożeni armii urzędników i funkcjonariuszy? Powiedziano nam to otwartym tekstem w budżecie – planując ponad dwukrotnie większe wpływy z mandatów. To tak, jakby w kraju, gdzie wykonuje się karę śmierci, zaplanowano nadgodziny dla katów, zakładając, że liczba morderstw wzrośnie. Absurd, prawda? Moralna porażka aparatu państwowego nikogo nie obchodzi, nikt tej planowanej przegranej się nie wstydzi, to po prostu podatek od luksusu. Zgodnie z danymi w budżecie, prawdziwymi beneficjentami rzekomej kampanii promującej bezpieczeństwo będą grupy społeczne, które kiedyś wywalczyły sobie dotacje z budżetu (na przykład paląc w Warszawie opony) oraz producent fotoradarów. Zysk dla prawdziwego bezpieczeństwa będzie żaden.
Już słyszę ten chór: „Frankowski, ty morderco, przecież pędzący kierowcy to zabójcy, trzeba ich powstrzymać!”. Fakt, przecież prędkość zabija. Tylko nie wiadomo kogo, bo według oficjalnych statystyk niemal trzy czwarte śmiertelnych wypadków drogowych wiąże się ze zderzeniami czołowymi na prostym odcinku drogi. W Polsce, w której nikt na kursach nie uczy techniki jazdy, na zakrętach jeździ się wolno i z powodu nadmiernej prędkości w łuku auta szalenie rzadko opuszczają drogę.
Może zatem rządowy plan upstrzenia dróg fotoradarami pomoże i zredukuje produkcję trupów w czołowych zderzeniach? Nic z tego. Jeżeli zraniliśmy sobie stopę, udajemy się do chirurga, tak? Według naszej władzy nie. Nasza władza, bez względu na to, z jakiej opcji politycznej pochodzi, uparcie wysyła nas ze zranioną stopą do laryngologa.
Rozważmy taką oto sytuację: na drodze jednojezdniowej jadą naprzeciw siebie wielki TIR i auto osobowe pełne ludzi. Wolno tam jechać 90 km/h, ale kierowca osobówki asekurancko jedzie o 20 km/h wolniej, kierowca TIR-a również trzyma się siedemdziesiątki. I nagle obydwaj widzą, że poboczami po obu stronach, w pełni zgodnie z przepisami, idą dzieci. I obydwaj próbują je ominąć. Efekt? Czołowe zderzenie i miazga.
Rozważmy taką oto sytuację: na drodze jednojezdniowej jadą naprzeciw siebie wielki TIR i auto osobowe pełne ludzi. Wolno tam jechać 90 km/h, ale kierowca osobówki asekurancko jedzie o 20 km/h wolniej, kierowca TIR-a również trzyma się siedemdziesiątki. I nagle obydwaj widzą, że poboczami po obu stronach, w pełni zgodnie z przepisami, idą dzieci. I obydwaj próbują je ominąć. Efekt? Czołowe zderzenie i miazga.
Szanowni zabiurkowi eksperci od bezpieczeństwa: raczcie mi wyjaśnić, jak temu wypadkowi może zapobiec fotoradar. Otóż ja wam odpowiem: jest tu równie przydatny jak laryngolog przy zranionej stopie. Jedynym niezawodnym sposobem uratowania co roku paru tysięcy rzeczywistych ludzi w Polsce jest przebudowywanie wszystkich dróg międzymiastowych na dwujezdniowe, z barierą energochłonną pośrodku. Gdy zmienił się nam ustrój, łudziłem się, że ktoś zrozumie, że stopniowe przebudowy dróg to jedyna droga do powstrzymania krwawego żniwa.
Minęło dwadzieścia lat, co roku przybywało parę tysięcy nagrobków z czołowych zderzeń i nadal do złamanego stawu skokowego uparcie wzywano laryngologa. Teraz jest jeszcze gorzej, bo zadowolony z siebie specjalista od gardła i krtani wmawia choremu, że naprawdę boli go właśnie gardło. Fotoradary są równie skuteczne wobec zderzeń czołowych, jak wobec pijanych kierowców. Pijani kretyni są wśród nas ciągle. Chcielibyście, aby codziennie kilkadziesiąt tysięcy Polaków wychodziło na ulice z karabinkami Kałasznikowa i zapasem amunicji? Nie? Pijani kierowcy są równie niebezpieczni, a na ich obecność w ruchu milcząco się zgadzamy, między innymi godząc się na zakup setek nowych fotoradarów i kamer. Obsesja czy fiksacja związana z przekraczaniem dozwolonej prędkości wśród polityków i policjantów bierze się z tego, że to wykroczenie łatwo kwantyfikować i łatwo egzekwować. A uporczywej jazdy po pijaku lewym pasem nie.
Nie jestem anarchistą, ani zaprzysiężonym przeciwnikiem fotoradarów w ogóle. Jeśli założymy, że większość kierowców to źle wyszkoleni, głupi ludzie, na niektórych trudniejszych technicznie odcinkach dróg trzeba zmusić ich do wolniejszej jazdy. Ale najpierw trzeba poprawić drogi. Ich nawierzchnię. Oznakowanie. Zmienić archaiczną organizację ruchu. Czytał ktoś „Umowę społeczną” Rousseau? O tym, jak oddajemy państwu pewne obowiązki, którym nie sposób sprostać indywidualnie – na przykład utrzymanie armii. U podstaw demokracji nie leży bowiem wiara w boską moc polityków, ich niemal papieską nieomylność, tylko we wspólne dobro, wspólne cele. Cele laryngologa rozmijają się jednak z celami człowieka o chorej nodze.
Faktycznie, prędkość jest czynnikiem w każdym wypadku drogowym. Nie byłoby bowiem żadnych wypadków, gdyby prędkość wszystkich pojazdów wynosiła zero. Leczący nogi laryngolog nie zdecyduje się jednak nigdy na całkowity zakaz ruchu: za co płacilibyśmy wtedy zaplanowane w budżecie mandaty?
