
Samochody mogą uspokajać, ale mogą też denerwować. Czy tylko drogi Maybach może wprowadzić w dobry nastrój?
REKLAMA
JAK MARILYN MONROE
Wielka gwiazda filmu podobno niedługo przed śmiercią brała na przemian środki pobudzające i uspokajające, wprowadzając się w niebywałą huśtawkę nastrojów, która być może doprowadziła do tego, że straciła nad tym wszystkim kontrolę... Według mnie bowiem interwencja CIA, obwinianej o wszystko łącznie z huraganami i trzęsieniami ziemi, wcale nie była potrzebna. Ale do rzeczy.
Wśród samochodów, którymi dotąd jeździłem, a było ich ze dwa tysiące co najmniej, niektóre wzbudzały we mnie czystą, wyekstrahowaną radość, niektóre mnie irytowały, inne pozostawiały całkiem obojętnym, a jeszcze inne w zadziwiający sposób uspokajały. I tak do końca nie wiem, dlaczego akurat te, a nie inne. W idealnym świecie, w wielkim hangarze stałby rząd wozów, które dobierałbym zależnie od nastroju.
Zawsze mnie uspokajał Maybach 62, wielki niczym jacht Abramowicza. Niezbyt piękny, z winy ówczesnego szefa Daimlera, Schremppa, przemawiającego po angielsku jak aktor z serialu „Allo, allo”. Ale zbudowany bez zwracania uwagi na koszty, z genialnie zbalansowanym podwoziem, silnikiem o kosmicznym momencie obrotowym i skrzyni biegów, w której istniał specjalny tryb przyspieszania bez zmiany przełożenia. W tym aucie, którego żywot niestety się kończy, nim wygrałem w Lotto i je sobie kupiłem, czułem, że świat za podwójnymi szybami porusza się w swoim tempie. Że mnie nie dotyczy.
Samochód, który ze sportowymi autami mógł ścigać się od świateł do świateł, zawsze skłaniał do uspokojenia, do zmiany nastawienia. Wyścig szczurów zza szyb plutokratowozu wygląda wyjątkowo mało atrakcyjnie. Efekt? Potrafiłem tym gigantem dojechać z Genewy do Stuttgartu ze średnim zużyciem paliwa 10 litrów/100 kilometrów. Nie dlatego, że oszczędzałem benzynę, tylko dlatego, że za kierownicą Maybacha nie czułem potrzeby ścigania się z rozhisteryzowanymi bywalcami lewego pasa. Podobnie działał na mnie i Rolls-Royce Phantom, i jego zgrabniejszy brat, Ghost.
Bardziej dostępne auta też potrafią mnie uspokoić. Ostatnio jeździłem Renault Scenic najnowszej generacji. Niby nic, turbodiesel z wyjątkowo mało wkurzającym systemem Start-Stop, ale zestrojenie podwozia, harmonijna praca silnika, świetna widoczność i aranżacja kabiny w taki sposób, że jest to miłe miejsce do przebywania w miejskim korku, sprawiają, że serce bije mi wolniej i nie mam ochoty nikogo rozstrzelać. Nawet wtedy, gdy pani w Toyocie wyjeżdża mi przed maskę na czerwonym świetle, albo gdy ubłocona betonomieszarka zmienia pas bez ostrzeżenia. Zauważyłem, że jeżdżąc tym modnie brązowym autem częściej miałem ochotę pomagać innym włączyć się do ruchu. Wcześniej też hamowałem, by pomóc pieszym przemknąć się przez zebrę. Niestety niemal za każdym razem migał koło mnie metaliczny pocisk w postaci innego auta, które najwyraźniej swojego kierowcę irytowało, zmuszając go do nerwowej jazdy i skłaniając do polowania na pieszych.
Na drugim biegunie są samochody, które denerwują, wzbudzając najgorsze instynkty, zamieniając każdą podróż w koszmar. Pamiętam Smarta ForFour, bezapelacyjnie najgorsze, najbardziej nieharmonijne auto, jakim kiedykolwiek jeździłem. Obiecujący design skrywał koszmarnego knota, samochód, który miałem ochotę spalić w każdej sekundzie obcowania z nim. Ogromne, modą podyktowane koła na nierównym asfalcie dotkliwie szarpały źle zestrojonym zawieszeniem, a tandetne wnętrze akompaniowało obrzydliwym drganiom, trzeszcząc i skrzypiąc.
Silnik wysokoprężny połączony był z półautomatyczną skrzynią biegów, której elektronowy mózg wypełniony był trocinami, niczym dyfer od starego Żuka. Wolniej mogłaby zmieniać biegi tylko wtedy, gdyby kierowca rozmawiał z nią przez bakelitowy telefon na korbkę. Nigdy nie było takiego biegu, jakiego akurat potrzebowałem, a jedyną zaletą auta było to, że w ogóle jedzie. Trochę mało, jak na szumne zapowiedzi producenta i horrendalną cenę.
Rozdrażniło mnie także Mitsubishi Lancer, pierwsza sztuka z generacji, która jest do dziś produkowana. Jej poprzednicy wyglądali oryginalnie niczym lodówki stojące w rzędzie w sklepie AGD, za to mieli lekkość prowadzenia i wzorową ergonomię, których w nowym modelu próżno było szukać. Ergonomia dla orangutanów, a mapping silnika TDI znanego z aut koncernu VW chyba specjalnie popsuto, by dziennikarze mieli o czym pisać. Co najdziwniejsze, Evo X, teoretycznie spokrewnione z tym autem, bardzo lubię.
Istnieją też wozy, które może nie irytują, ale wprawiają w stan pokofeinowego dygotu, takiego stanu, który znają wszyscy ci, którzy pracują praktycznie całą dobę i nie wolno im zasnąć. To wszelkie wysokoobrotowe sportowe hatchbacki, których silniki na niskich obrotach śpią jak Marilyn po dawce środków uspokajających, wymuszając na kierowcy ciągłe szukanie partnerów do wyścigów – inaczej ma się wrażenie, że skrzynia biegów pełna jest marmolady i samochód jedzie do przodu bardzo niechętnie. Utrzymanie silnika w złotym zakresie obrotów to umiejętność, ale i przymus, który w chwilach zmęczenia czy znużenia potrafi doprowadzić do szewskiej pasji. Na szczęście dla tych z nas, którzy takich silników i takich samochodów nienawidzą, Unia Europejska skutecznie je zamordowała. Odeszła Honda Civic Type-R, niedługo odejdzie wspaniałe Renault Clio RS. W miejsce wolnossących, kochających wysokie obroty silników wejdą jednostki z turbodoładowaniem, których główną zaletą jest to, że w sztucznym niczym banknot trzydolarowy unijnym teście emisji spalin większość czasu spędzają z uśpioną sprężarką.
Dopóki się samochodu dobrze nie pozna, nie wiadomo, czy będzie działał bardziej jak relanium, czy raczej jak potężny strzał amfetaminy. Notabene są takie, które potrafią i jedno i drugie, choćby Volvo S60 T6 AWD – wygląda jak hotelowa taksówka, a można nim pogonić nawet szybkie auto sportowe, i to nawet na śniegu czy w ulewie. Bez farmakologicznego wspomagania potrafi stworzyć nastrój, jakiego akurat potrzebujemy. Zastanówcie się, jak działa na Was auto, którym jeździcie codziennie. Może warto zwalić na nie codzienną huśtawkę nastrojów...
Wśród samochodów, którymi dotąd jeździłem, a było ich ze dwa tysiące co najmniej, niektóre wzbudzały we mnie czystą, wyekstrahowaną radość, niektóre mnie irytowały, inne pozostawiały całkiem obojętnym, a jeszcze inne w zadziwiający sposób uspokajały. I tak do końca nie wiem, dlaczego akurat te, a nie inne. W idealnym świecie, w wielkim hangarze stałby rząd wozów, które dobierałbym zależnie od nastroju.
Zawsze mnie uspokajał Maybach 62, wielki niczym jacht Abramowicza. Niezbyt piękny, z winy ówczesnego szefa Daimlera, Schremppa, przemawiającego po angielsku jak aktor z serialu „Allo, allo”. Ale zbudowany bez zwracania uwagi na koszty, z genialnie zbalansowanym podwoziem, silnikiem o kosmicznym momencie obrotowym i skrzyni biegów, w której istniał specjalny tryb przyspieszania bez zmiany przełożenia. W tym aucie, którego żywot niestety się kończy, nim wygrałem w Lotto i je sobie kupiłem, czułem, że świat za podwójnymi szybami porusza się w swoim tempie. Że mnie nie dotyczy.
Samochód, który ze sportowymi autami mógł ścigać się od świateł do świateł, zawsze skłaniał do uspokojenia, do zmiany nastawienia. Wyścig szczurów zza szyb plutokratowozu wygląda wyjątkowo mało atrakcyjnie. Efekt? Potrafiłem tym gigantem dojechać z Genewy do Stuttgartu ze średnim zużyciem paliwa 10 litrów/100 kilometrów. Nie dlatego, że oszczędzałem benzynę, tylko dlatego, że za kierownicą Maybacha nie czułem potrzeby ścigania się z rozhisteryzowanymi bywalcami lewego pasa. Podobnie działał na mnie i Rolls-Royce Phantom, i jego zgrabniejszy brat, Ghost.
Bardziej dostępne auta też potrafią mnie uspokoić. Ostatnio jeździłem Renault Scenic najnowszej generacji. Niby nic, turbodiesel z wyjątkowo mało wkurzającym systemem Start-Stop, ale zestrojenie podwozia, harmonijna praca silnika, świetna widoczność i aranżacja kabiny w taki sposób, że jest to miłe miejsce do przebywania w miejskim korku, sprawiają, że serce bije mi wolniej i nie mam ochoty nikogo rozstrzelać. Nawet wtedy, gdy pani w Toyocie wyjeżdża mi przed maskę na czerwonym świetle, albo gdy ubłocona betonomieszarka zmienia pas bez ostrzeżenia. Zauważyłem, że jeżdżąc tym modnie brązowym autem częściej miałem ochotę pomagać innym włączyć się do ruchu. Wcześniej też hamowałem, by pomóc pieszym przemknąć się przez zebrę. Niestety niemal za każdym razem migał koło mnie metaliczny pocisk w postaci innego auta, które najwyraźniej swojego kierowcę irytowało, zmuszając go do nerwowej jazdy i skłaniając do polowania na pieszych.
Na drugim biegunie są samochody, które denerwują, wzbudzając najgorsze instynkty, zamieniając każdą podróż w koszmar. Pamiętam Smarta ForFour, bezapelacyjnie najgorsze, najbardziej nieharmonijne auto, jakim kiedykolwiek jeździłem. Obiecujący design skrywał koszmarnego knota, samochód, który miałem ochotę spalić w każdej sekundzie obcowania z nim. Ogromne, modą podyktowane koła na nierównym asfalcie dotkliwie szarpały źle zestrojonym zawieszeniem, a tandetne wnętrze akompaniowało obrzydliwym drganiom, trzeszcząc i skrzypiąc.
Silnik wysokoprężny połączony był z półautomatyczną skrzynią biegów, której elektronowy mózg wypełniony był trocinami, niczym dyfer od starego Żuka. Wolniej mogłaby zmieniać biegi tylko wtedy, gdyby kierowca rozmawiał z nią przez bakelitowy telefon na korbkę. Nigdy nie było takiego biegu, jakiego akurat potrzebowałem, a jedyną zaletą auta było to, że w ogóle jedzie. Trochę mało, jak na szumne zapowiedzi producenta i horrendalną cenę.
Rozdrażniło mnie także Mitsubishi Lancer, pierwsza sztuka z generacji, która jest do dziś produkowana. Jej poprzednicy wyglądali oryginalnie niczym lodówki stojące w rzędzie w sklepie AGD, za to mieli lekkość prowadzenia i wzorową ergonomię, których w nowym modelu próżno było szukać. Ergonomia dla orangutanów, a mapping silnika TDI znanego z aut koncernu VW chyba specjalnie popsuto, by dziennikarze mieli o czym pisać. Co najdziwniejsze, Evo X, teoretycznie spokrewnione z tym autem, bardzo lubię.
Istnieją też wozy, które może nie irytują, ale wprawiają w stan pokofeinowego dygotu, takiego stanu, który znają wszyscy ci, którzy pracują praktycznie całą dobę i nie wolno im zasnąć. To wszelkie wysokoobrotowe sportowe hatchbacki, których silniki na niskich obrotach śpią jak Marilyn po dawce środków uspokajających, wymuszając na kierowcy ciągłe szukanie partnerów do wyścigów – inaczej ma się wrażenie, że skrzynia biegów pełna jest marmolady i samochód jedzie do przodu bardzo niechętnie. Utrzymanie silnika w złotym zakresie obrotów to umiejętność, ale i przymus, który w chwilach zmęczenia czy znużenia potrafi doprowadzić do szewskiej pasji. Na szczęście dla tych z nas, którzy takich silników i takich samochodów nienawidzą, Unia Europejska skutecznie je zamordowała. Odeszła Honda Civic Type-R, niedługo odejdzie wspaniałe Renault Clio RS. W miejsce wolnossących, kochających wysokie obroty silników wejdą jednostki z turbodoładowaniem, których główną zaletą jest to, że w sztucznym niczym banknot trzydolarowy unijnym teście emisji spalin większość czasu spędzają z uśpioną sprężarką.
Dopóki się samochodu dobrze nie pozna, nie wiadomo, czy będzie działał bardziej jak relanium, czy raczej jak potężny strzał amfetaminy. Notabene są takie, które potrafią i jedno i drugie, choćby Volvo S60 T6 AWD – wygląda jak hotelowa taksówka, a można nim pogonić nawet szybkie auto sportowe, i to nawet na śniegu czy w ulewie. Bez farmakologicznego wspomagania potrafi stworzyć nastrój, jakiego akurat potrzebujemy. Zastanówcie się, jak działa na Was auto, którym jeździcie codziennie. Może warto zwalić na nie codzienną huśtawkę nastrojów...
