Wiele osób może uznać tytuł niniejszego tekstu za cokolwiek dziwny, skoro napisał go człowiek, od ponad 20 lat oceniający samochody. Cóż, w naszym kraju od etykiety "dziennikarza motoryzacyjnego" raczej nie ma ucieczki, co nie znaczy, że muszę ją akceptować jak stalinowscy robotnicy plan sześcioletni.
REKLAMA
Nienawidzę motoryzacji, bo to słowo pełne propagandy, kłamstwa i jadu. Pokrewne "mechanizacji rolnictwa", "walki o plan 6-letni", "elektryfikacji wsi". Stalinowsko-bierutowska nowomowa, która z założenia zastępowała opis normalnego rozwoju demokratycznego społeczeństwa bzdurnymi, sztucznymi terminami, które miały brzmieć niczym spiżowe dzwony w uszach ogłupianego, przesiedlanego i pilnowanego przez UB narodu. Zamiast normalnego, zdrowego rozwoju rolnictwa, mieliśmy bujdy o sanacji i "mechanizację" na poziomie sowieckich kołchozów, zamiast zdolności do autonomicznego wyżywienia kraju mieliśmy "rozkułaczanie wsi", odbieranie majątków i brak żywności. Zamiast produkować cegły, masowo i pospiesznie rozbieraliśmy nieuszkodzone, zabytkowe kamienice w niemieckich miastach, które dostaliśmy w prezencie od Stalina i Rooosevelta w zamian za ziemie, które nieprzerwanie trwały w granicach Polski przez kilkaset lat przed rozbiorami. Tłumaczyliśmy to ludową zemstą na znienawidzonym najeźdźcy. Niestety, wielu młodych Polaków wierzy w te kłamstwa nadal.
Wytykano przywódcom dwudziestolecia międzywojennego samo zło, jednocześnie lawirując tak, by nie wspominać o Piłsudskim, wmawiano Polakom, że sanacja promowała ciemnotę, nie wspominając ani słowem o tym, jak wiele dokonano pomiędzy wojną z bolszewikami i 1939 rokiem. Niszczono dowody technicznych osiągnieć, mapy miast, archiwa pokazujące na przykład budowę kolejki na Kasprowy Wierch w rekordowym czasie. Zakładom lotniczym na Okęciu kazano produkować na licencji (wysoko płatnej, oczywiście) samolot Po-2, technicznie starszy od polskich przedwojennych konstrukcji o dwie dekady. Konstruktorów próbujących tworzyć coś ponad miarę sowieckiego gorsetu karano.
Także na polecenie Stalina zablokowano naiwną próbę pozyskania licencji na nowoczesnego Fiata 1100 i za znacznie większą sumę łaskawie pozwolono nam produkować Pobiedę, czyli potem Warszawę. Taka motoryzacja. Przy przedwojennym LS-ie Warszawa była jak tasak przy nożu laserowym, ale właśnie tak mieliśmy przyjmować przestarzałe i kosztowne dobrodziejstwa Wielkiego Językoznawcy: na kolanach. We Włoszech niedługo potem powstawały piękne Giulie z czterema tarczowymi hamulcami, w Niemczech Gullwingi z mechanicznym, bezpośrednim wtryskiem paliwa, w Stanach skrzydlate lotniskowce z klimatyzacją i automatycznymi przekładniami, a u nas budowano nadal Warszawę w różnych wersjach nadwoziowych - a jej silnik, po modyfikacjach, przetrwał w Nysach, Żukach i Tarpanach bardzo długo. Zamiast spontanicznego rozwoju cywilizacyjnego mieliśmy centralne planowanie, techniczne prostactwo i brak jakiejkolwiek walki konkurencyjnej, która jest przecież motorem wszelkiego postępu.
Stalinowskie myślenie pokutuje do dziś. Nawet kwitnie. Nadal uważa się, że naprawdę pracuje tylko ten, kto pracuje fizycznie. To echo kampanii, podczas których tępiono niezależne myślenie, a opiewano "wiodącą rolę klasy robotniczej". Gdy ubrany w garnitur człowiek wykształcony przekracza prędkość swoim błyszczącym samochodem o 10 km/h, staje się wrogiem ludu i mordercą. Gdy brudny, śmierdzący gość 30-letnim vanem, który nie powinien przejść badania technicznego, przejeżdża obok patrolu policji, jest ignorowany: bo "jest biedny i ciężko pracuje". Podobne podejście widzę wobec kierowców ciężarówek... przecież pracują, a ktoś, kto używa mózgu, a nie siły fizycznej, oczywiście nie. Cóż, jednak ludzie pokroju Stachanowa i Pstrowskiego komputerów i rakiet nie skonstruowali.
Zdarzyło mi się kiedyś coś takiego... Jechałem powoli po gołoledzi, w tłumie innych aut, na drodze dwujezdniowej nieopodal Warszawy. Za mną podążała stara Mazda, pełna rozkrzyczanych, młodych facetów, prowadzona przez młodą dziewczynę. Korek poruszał się niemrawo, ona coraz później hamowała, w końcu wjechała w bagażnik mojego testowego BMW. Wezwałem policję - bez stosownych dokumentów musiałbym za zniszczenia auta zapłacić sam. Pijani młodzieńcy próbowali mnie zastraszyć, panienka płakała, musiałem być nieugięty. Przyjechali dwaj funkcjonariusze z wąsami, i ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu, zaczęli na mnie krzyczeć (!), twierdząc, że skoro "jestem bogaty" to nie muszę "prześladować dziewczyny, bo jest biedna". Zapytałem, czy oficjalnie odstępują od czynności służbowych. Oburzeni, zrobili, co trzeba. Odjechałem wstrząśnięty, nie spodziewałem się, że stalinowski podział na klasę robotniczą i "pasożytów" może jeszcze być żywy. Ale jest.
I właśnie dlatego nie cierpię słowa "motoryzacja". Nie chodzę do knajp stylizowanych na PRL, bo żyłem w tamtym ustroju naprawdę. Wolę Syrenę od Warszawy, jeśli już muszę wybierać. I uważam, że bez pamiętania o historii życie nie ma sensu.
