Znacie takie powiedzenie z czasów, gdy przeciętny Polak marzył o Ładzie albo Wartburgu, a miał tylko przerdzewiałego do cna Malucha? Mówiło się wtedy, że są trzy złe samochody na F, Fiat, Ford i Francuskie. Od lat nie ma nic wspólnego z prawdą, ale stereotyp nadal żyje.
REKLAMA
Wszystko jest cykliczne. Sinusoida historii raz serwuje nam rzeczy piękne, raz ohydne. Dobrze działające i żałosne namiastki. Pamiętam z przeszłości okres, gdy samochody z Francji były ekscytujące i nowatorskie: Citroen DS, Renault 16, Peugeot 404. Dziwaczne, a zarazem praktyczne, słynące z płynnej pracy zawieszeń i wielkiej wygody.
Potem trochę samochodów, o których nawet tacy starzy ludzie jak ja po prostu zapomnieli. Były bezosobowe niczym chińskie lodówki, niczym peerelowski brunatny papier toaletowy, sprzedawany w girlandach. Później sinusoida znów śmignęła w górę i Francja dała nam arcydzieła: Renault 5 Turbo, Peugeota 205 GTI, Citroena Visa Mille Pistes. Drogowe potwory z rajdowymi alter ego.
Przyznam się, miałem kiedyś przednionapędowe Renault 5 Alpine, niebieskie, z turbodoładowanym silnikiem. Tablica rozdzielcza była poskręcana blachowkrętami, olej na dolewki woziłem z przodu pod maską, żeby za daleko nie chodzić, ale były takie chwile, gdy wszystkie elementy układanki składały się w samochodową nirwanę.
Dalej oczywiście znów słabsze lata, dominacja banału i nudy, po czym kolejna eksplozja talentu z kraju smażonych winniczków: genialny Peugeot 306 S16, prawie tak samo dobry Citroen ZX 16V, fantastyczne Renault Clio Williams. Świetna reakcja na gaz, rajdowe brzmienie, nadludzko dobrze zestrojone podwozia; te samochody udowadniały fanatykom tylnego napędu, że przedni też może być źródłem wielkiej przyjemności. Można je było zmusić do nadsterowności gwałtownie zmniejszając nacisk na pedał gazu i francuski pocisk jechał bokiem niczym na rajdzie Monte Carlo.
Pierwsze Renault Megane w wersji Coupe miało jeszcze ciekawe tylne zawieszenie, ale w koncernie PSA zaczęli rządzić sami księgowi, Peugeot 307 i Citroen C4 odeszły od tradycyjnego francuskiego tylnego zawieszenia na rzecz germańskiej belki skrętnej, która jest nawet prostsza od cepa, bo właściwie jest jednym tylko elementem. Straciłem nadzieję, że z Francji wyjdzie jeszcze cokolwiek samochodowego, co wynurzy się nad poziom marketingowej tandety Beaujolais Nouveau.
Myliłem się. I cieszy mnie to, bo teraz sinusoida sięgnęła apogeum. U Peugeota możemy wybierać między znakomitym RCZ o wyglądzie superauta i 308 GTI z tym samym silnikiem, ale cichociemną stylizacją i bardziej podatnym zawieszeniem. U Citroena mamy DS3, małe arcydzieło, któremu wystarczy 150-konny silnik turbo, taki jak w Mini, by zadowolić każdego, kto naprawdę umie jeździć samochodem, a nie tylko ścigać się nocą od świateł do świateł. ESP daje się całkowicie wyłączyć, a tylne koła w łuku nadążają za przednimi z takim samym cieniem nadsterowności, jak kiedyś w ZX 16V. Do tego brzmi i wygląda tak, że nie jest się automatycznie przypisanym do grupy hipsterów.
U Renault jest jednak chyba najlepiej. Produkty Renault Sport to dzieła magików. Twingo RS ma wolnossący silnik i, poza gamą Renault, jedyne auto, którym można tak samo ultraprecyzyjnie sterować gazem w zakręcie, nazywało się Porsche 911 GT3. Clio RS to z kolei według mnie najlepszy szybki hatchback w Drodze Mlecznej – niebawem pojawi się zupełnie nowa generacja Clio, a 2-litrowy wolnossący motor ustąpi miejsca wymuszonemu przez Brukselę turbo. Ostatnia okazja, by schować w garażu auto wyjątkowe. No i Megane RS, szczególnie w wersji z mechanizmem różnicowym o zwiększonym tarciu wewnętrznym (szperą) – po zakończeniu produkcji Forda Focusa RS to najlepsze auto tego typu. Kropka.
Po obecnym szczycie formy francuskich producentów pewnie znów nastąpi dołek i atak bezpłciowych samochodów. Łapmy więc te produkowane teraz, bo następne równie dobre mogą kazać na siebie długo czekać...
Potem trochę samochodów, o których nawet tacy starzy ludzie jak ja po prostu zapomnieli. Były bezosobowe niczym chińskie lodówki, niczym peerelowski brunatny papier toaletowy, sprzedawany w girlandach. Później sinusoida znów śmignęła w górę i Francja dała nam arcydzieła: Renault 5 Turbo, Peugeota 205 GTI, Citroena Visa Mille Pistes. Drogowe potwory z rajdowymi alter ego.
Przyznam się, miałem kiedyś przednionapędowe Renault 5 Alpine, niebieskie, z turbodoładowanym silnikiem. Tablica rozdzielcza była poskręcana blachowkrętami, olej na dolewki woziłem z przodu pod maską, żeby za daleko nie chodzić, ale były takie chwile, gdy wszystkie elementy układanki składały się w samochodową nirwanę.
Dalej oczywiście znów słabsze lata, dominacja banału i nudy, po czym kolejna eksplozja talentu z kraju smażonych winniczków: genialny Peugeot 306 S16, prawie tak samo dobry Citroen ZX 16V, fantastyczne Renault Clio Williams. Świetna reakcja na gaz, rajdowe brzmienie, nadludzko dobrze zestrojone podwozia; te samochody udowadniały fanatykom tylnego napędu, że przedni też może być źródłem wielkiej przyjemności. Można je było zmusić do nadsterowności gwałtownie zmniejszając nacisk na pedał gazu i francuski pocisk jechał bokiem niczym na rajdzie Monte Carlo.
Pierwsze Renault Megane w wersji Coupe miało jeszcze ciekawe tylne zawieszenie, ale w koncernie PSA zaczęli rządzić sami księgowi, Peugeot 307 i Citroen C4 odeszły od tradycyjnego francuskiego tylnego zawieszenia na rzecz germańskiej belki skrętnej, która jest nawet prostsza od cepa, bo właściwie jest jednym tylko elementem. Straciłem nadzieję, że z Francji wyjdzie jeszcze cokolwiek samochodowego, co wynurzy się nad poziom marketingowej tandety Beaujolais Nouveau.
Myliłem się. I cieszy mnie to, bo teraz sinusoida sięgnęła apogeum. U Peugeota możemy wybierać między znakomitym RCZ o wyglądzie superauta i 308 GTI z tym samym silnikiem, ale cichociemną stylizacją i bardziej podatnym zawieszeniem. U Citroena mamy DS3, małe arcydzieło, któremu wystarczy 150-konny silnik turbo, taki jak w Mini, by zadowolić każdego, kto naprawdę umie jeździć samochodem, a nie tylko ścigać się nocą od świateł do świateł. ESP daje się całkowicie wyłączyć, a tylne koła w łuku nadążają za przednimi z takim samym cieniem nadsterowności, jak kiedyś w ZX 16V. Do tego brzmi i wygląda tak, że nie jest się automatycznie przypisanym do grupy hipsterów.
U Renault jest jednak chyba najlepiej. Produkty Renault Sport to dzieła magików. Twingo RS ma wolnossący silnik i, poza gamą Renault, jedyne auto, którym można tak samo ultraprecyzyjnie sterować gazem w zakręcie, nazywało się Porsche 911 GT3. Clio RS to z kolei według mnie najlepszy szybki hatchback w Drodze Mlecznej – niebawem pojawi się zupełnie nowa generacja Clio, a 2-litrowy wolnossący motor ustąpi miejsca wymuszonemu przez Brukselę turbo. Ostatnia okazja, by schować w garażu auto wyjątkowe. No i Megane RS, szczególnie w wersji z mechanizmem różnicowym o zwiększonym tarciu wewnętrznym (szperą) – po zakończeniu produkcji Forda Focusa RS to najlepsze auto tego typu. Kropka.
Po obecnym szczycie formy francuskich producentów pewnie znów nastąpi dołek i atak bezpłciowych samochodów. Łapmy więc te produkowane teraz, bo następne równie dobre mogą kazać na siebie długo czekać...
Piotr R. Frankowski
