Ruch Palikota uosobiony przez Wandę Nowicką po raz kolejny składa projekt ustawy, która wprowadzałaby powszechną edukację seksualną do szkół na wszystkich poziomach. Działając w Towarzystwie Rozwoju Rodziny powinienem oczywiście przyklasnąć – jest to jak najbardziej zgodne z naszą działalnością. Przy okazji tych zabiegów politycznych pojawiła mi się jednak pewna myśl, która nieco psuje mi nastrój. Pomijając sprawę szans na zmianę ustawy o systemie oświaty, zastanawiam się, czy obowiązkowa edukacja seksualna w szkołach będzie tym, czego środowiska działające na rzecz zdrowia seksualnego rzeczywiście oczekują.

REKLAMA
Trudno nie zgodzić się z argumentami, że edukacja seksualna jest konieczna, ponieważ poziom wiedzy młodych ludzi na temat ich seksualności, planowania rodzicielstwa, sposobów unikania nieplanowanych ciąż, zakażeń przenoszonych drogą płciową czy w końcu relacji międzyludzkich jest faktycznie strasznie niski. Widać to bardzo podczas realizowanych przez TRR zajęciach edukacyjnych w szkołach, czy podczas Przystanku Woodstock. Warto się jednak zastanowić, czy wprowadzanie dodatkowego, przymusowego przedmiotu nie spowoduje więcej strat niż korzyści. O pułapkach związanych z tak prowadzoną edukacją najlepiej przekonuje się obecnie Kościół Katolicki. Od momentu wprowadzenia religii do szkół następuje ciągły odpływ wiernych z Kościoła. Bo taka jest natura młodych ludzi – im więcej nakazów, przymusu – tym więcej oporu i niechęci. To czego obecnie dzieciaki chętnie słuchają przy okazji edukacji mniej formalnej, gdy będzie na ocenę – stanie się kością nie do przełknięcia.
Przy okazji edukacji seksualnej w szkołach splatają się różne interesy. Główne pytanie brzmi – kto będzie tworzył programy edukacyjne w tym zakresie, kto będzie tworzył podręczniki, kto je będzie opiniował i w końcu, kto je będzie realizował. W radiowej „Trójce” usłyszałem, że zajęcia te mają prowadzić seksuolodzy. No, tu muszę powiedzieć, że dziennikarz, który przygotowywał ten materiał grubo przeszarżował.
Seksuologów w Polsce jest tylu co kot napłakał. Skutecznie bronią się przed poszerzeniem dostępu do swojej branży. Trudno zresztą mi uwierzyć, że którykolwiek z nich chciałby pracować za ok. 18 zł netto za godzinę użerania się z dzieciakami w szkole. Oczywiście istnieje cała armia osób wykształconych w tym zakresie przez kilka uczelni o specjalnościach okołopedagogicznych. Jednak spójrzmy prawdzie w oczy – czy przymusowość przedmiotu pomoże im w realizacji tego, co im MEN zaplanuje?
Prowadząc obecnie wiele zajęć w szkołach – czy to w gimnazjach, czy to w szkołach pogimnazjalnych, odnoszę wrażenie, że dodatkowy przedmiot nie będzie tu żadnym rozwiązaniem. Z całym przekonaniem uważam, że lepiej i taniej będzie włączyć do obecnie istniejących programów nauczania biologii, religii (tak, tak, religii) czy etyki, godzin wychowawczych niż organizować dodatkowy przymusowy przedmiot.
Czasy sformalizowanej edukacji seksualnej, jaka była na przykład w Szwecji w latach 70-tych już bezpowrotnie minęły. Mamy inny świat. Nie idźmy drogą, na którą uparł się Kościół Katolicki. Edukację można robić zupełnie inaczej. I lepiej.