Do napisania tego tekstu sprowokował mnie jeden z komentujących mój tekst o edukacji seksualnej. Obiecałem, że podzielę się pomysłami na lepsze w mojej opinii nauczanie dzieciaków i młodzieży na temat seksualności człowieka niż rozwiązania zinstytucjonalizowane.

REKLAMA
Zacznijmy od mojej tezy, że instytucjonalizacja edukacji seksualnej to przeżytek. Zakres tematyczny tego przedmiotu to dwie frakcje. Wiedza teoretyczna i coś, co można określić jako umiejętności życiowe. Część teoretyczna to proste powielenie i zupełnie niewielkie rozszerzenie wiedzy, która powinna być przekazywana na lekcjach biologii (rozwój biologiczny i seksualny, fizjologia płodności, zakażenia przenoszone drogą płciową, działanie środków antykoncepcyjnych), lekcji wychowawczych, wiedzy o społeczeństwie czy w końcu religii/etyce (prawa człowieka w zakresie seksualności, relacje interpersonalne, odpowiedzialne rodzicielstwo). Kwestie równości płci powinny być elementem nauczania we wszystkich przedmiotach (nawet na matematyce można pisać zadania z treścią, w których nie tylko mama robi zakupy, gotuje, zużywa wodę na pranie itp.). Kwestia umiejętności społecznych, takich – w tym wypadku umiejętność wchodzenia w relacje, podtrzymywanie więzi, radzenie sobie w sytuacjach konfliktowych to osobna para kaloszy – szkoła tego nigdzie na świecie nie załatwia. Tego po prostu człowiek uczy się żyjąc z innymi ludźmi, wchodząc w związki, doświadczając porażek itp. Po co więc tworzyć osobny przedmiot? Jaka jest szansa, że znajdą się nauczyciele, którzy będą go uczyć sensownie, skoro do tej pory nie robią tego na przedmiotach, które już istnieją? Oczekiwanie, że MEN do czegoś będzie mogło nauczycieli zmuszać to duża naiwność. Niech najpierw MEN zmusi samorządowców do tego, żeby realizowali przepisy ustawy o systemie edukacji.
Co w zamian? No więc wydaje się, że obecnie najbardziej skutecznym sposobem edukacji jest coś, co nazywa się „edukacją przy okazji”. Obojętnie, co na ten temat myślę ja – 40 letni „wapniak”, pokolenie obecne w szkołach oczekuje, że wiedza będzie przekazywana podobnie jak w internecie. Skoncentrowana, „zlinkowana” z interesującymi ich w danym momencie tematami. Jak to robić?
Towarzystwo Rozwoju Rodziny prowadzi szeroko rozumianą edukację seksualną. Podam tu przykład takich zajęć, które odbyły się na zaproszenie uczniów jednego z warszawskich liceów. Zajęcia miały formę odpowiedzi na pytania, które anonimowo uczniowie spisywali na kartkach. Taka forma zajęć pozwoliła młodym ludziom na większą dozę szczerości. Chciałbym w tym miejscu skoncentrować się na jednym z pytań, może trochę szokującym, ale pojawiającym się ono na takich zajęciach często. Młodzież była ciekawa, czy seks analny pozwala zachować dziewictwo. Zaczynam od tego, że dopytuję, co dla nich znaczy „dziewictwo”. Po chwili „śmiechawy” okazuje się, że chodzi im o zachowanie błony dziewiczej. Pytam więc, czy termin „dziewictwo” dotyczy tylko kobiet. Tu trochę zmieszani licealiści stwierdzają, że jednak dotyczy to również mężczyzn (a więc mamy zahaczenie o kwestie równości płci). Pytam, czy w ogóle uprawianie jakiegokolwiek seksu jest zachowaniem „dziewictwa”. Licealiści zdają się zauważać, że jednak „dziewictwo” to coś trudnego, jeśli w ogóle możliwego. Omawiam wtedy różne koncepcje dziewictwa i po co one były ustalane.
Na marginesie pojawia się tu pytanie – skoro większość z uczniów chodzi na lekcje religii, to czego oni się o katolickiej zasadzie "czystości" dowiedzieli przez te 11 lat nauki???
Wróćmy do tematu. Przechodzę do informacji biologicznych – czyli „linkuję” wiedzę. Mówię o ryzyku związanym ze współżyciem analnym, o ryzyku zakażeń (nie tylko HIV, ale również HBV czy HCV), o uszkodzeniach zwieracza odbytu. Sprawdzam, czy wiedzą, jak można uniknąć tych zakażeń. Wiedzą, że jakimś rozwiązaniem jest prezerwatywa. Kończę temat przypominając o zasadach korzystania z niej. Całość trwa nie więcej niż 15 minut.
Zdaję sobie sprawę, że wystawiam się na krytykanctwo internetowych komentatorów i "ekspertów". Nikt jednak nie może zaprzeczyć, że takie podejście zapewnia słuchaczom pełnię obrazu dotyczącego – w tym przypadku dziewictwa, jego kontekstu kulturowego, kwestii genderowych, problemów biologicznych związanych z ryzykownymi technikami seksualnymi i ich skutków medycznych.
W ten sposób realizowana edukacja jest prowadzona przez TRR nie tylko w szkołach, ale również przy okazji większości naszych działań. Jako przykład pozwolę sobie pochwalić się stałą akcją edukacyjną TRR realizowaną podczas Przystanku Woodstock (dziękujemy tu oczywiście za zgodę WOŚP).
Złoszczą mnie narzekania, że młodzi ludzie czerpią wiedzę z internetu. A co w tym złego? Niech czerpią wiedzę skąd chcą. Rolą nauczycieli jest jej korygowanie i wskazywanie obiektywnych, naukowych źródeł. Da się to robić bez kolejnego, obowiązkowego przedmiotu, który będzie prowadzony przez sfrustrowanych nudziarzy.