Decyzja Ministra Zdrowia o pomocy państwa dla par, które mają problemy z zajściem w ciążę i chcą skorzystać z metody in-vitro wywołało falę nienawistnych komentarzy. Decyzji tej przeciwstawiany jest brak dofinansowania dla upadających szpitali. Szkoda tylko, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
REKLAMA
Dofinansowanie wsparcia płodności metodą in-vitro dla 15000 par wydaje się ogromnym wydatkiem. Prawie 250 milionów złotych w ciągu 3 lat. Porównajmy jednak tą kwotę ze stratami, które generują szpitale. Mimo analiz niezależnych ekspertów, audytorów, setek planów naprawczych, zmian dyrektorów, ministrów, kontroli NIK itp, zadłużenie to jest od 2004 roku praktycznie stałe – wynosi około 10 miliardów złotych. Nie pomagają żadne programy oddłużania szpitali.
Wielu przeciwników in-vitro przywołuje przykład Centrum Zdrowia Dziecka, dla którego wsparcia nie ma. Ministerstwo Zdrowia podjęło próbę ratowania powołując zespół ekspertów od naprawy sytuacji. Ci nawet nie wzięli pieniędzy za analizę sytuacji i propozycję działań naprawczych. Jednak cała historia z CZD ma jakieś drugie dno, które trochę przypomina obronę LOT-u. Duża część polaków pamięta jeszcze stałe ogólnonarodowe składki na szpital-pomnik. Mogą o tym przypomnieć naklejone na świadectwa szkolne znaczki. Inwestycja była promowana przez wszystkie ówczesne media. Nic dziwnego, że Fundacja TVN wspiera ten szpital – trochę to kontynuacja działalności promocyjnej z czasów „Studio 2”. Świat się jednak bardzo zmienił od tych czasów. Zaczęły liczyć się koszty działalności, a nie propagandowy efekt. Nostalgiczno-sentymentalne podejście to obecnie największy problem tej instytucji. Może w obecnej sytuacji bardziej opłacałoby się stworzyć kilka mniejszych ośrodków lokalnych, które mogłyby świadczyć podobne do CZD usługi? Już słyszę, że takich specjalistów jak w CZD to nigdzie nie ma, że to wyjątkowe miejsce. Ale to właśnie ta „wyjątkowość” spowodowała, że tych specjalistów nie ma w innych ośrodkach. Dla rodziców dziecka, które musi skorzystać z pomocy CZD byłoby znacznie wygodniej, gdyby ich dziecko mogło być leczone bliżej miejsca zamieszkania. Tych kosztów nikt nie liczy, bo nie ponosi ich system. Te koszty ponoszą rodzice. Te koszty ponoszą również pracodawcy tych rodziców – koszty absencji nie są bagatelne. Czy warto więc utrzymywać takiego molocha? A może lepiej stworzyć systemowe zachęty dla młodych lekarzy, aby rozwijać polską pediatrię? Lekarze z CZD mogliby się podzielić swoją bezcenną wiedzą. Dzięki temu będą mieli zajęcie, a dostępność usług dla pacjenta wzrośnie. Same korzyści!
Podobna decentralizacja przydałaby się w usługach ratunkowych. To nie jest świadczenie usług transportowych. Tworzenie wielkich hubów, które na końcu i tak nie są w stanie przyjąć wszystkich pacjentów jest zupełnie nieopłacalne i dodatkowo powoduje tragedie, które stają się pożywką dla złaknionych krwi mediów. Po co utrzymywać dla przykładu 5 załóg w dużym ośrodku, którego promień działania wynosi 100 km, skoro w ratowaniu życia istotne są minuty? Żadna karetka w takim czasie tego nie przejedzie. Lepiej decentralizować ten system – tworzyć małe oddziały ratunkowe, które zwiększą elastyczność i poprawią dostępność do tych usług. Nie będzie to droższe. Będzie inaczej rozłożone. Będzie mniejsze – a przez to łatwiejsze do kontroli. A jak wiadomo – „Pańskie oko konia tuczy”.
Czy koszty dofinansowania przez Ministerstwo Zdrowia in-vitro są czymś, na co nas absolutnie nie stać? Chyba jednak nie. Nie stać nas na utrzymywanie źle zarządzanych szpitali, braku kontroli nad usługami medycznymi, utrudnianie dostępu do usług medycznych. A in-vitro pomaga. I przynosi wyczekane, upragnione potomstwo. Warto?
