Słynna polska gościnność. Chleb, sól, często wódeczka. Zastaw się a postaw się. Co moje, to twoje. Niestety wszystko to jest zarezerwowane dla swoich. Nie chcielibyście być imigrantem w Polsce.

REKLAMA
Na początku lat osiemdziesiątych tysiące Polaków uciekały za granicę przed szalejącą inflacją, niepewnością jutra, fałszem komuny, biedą, pustymi półkami. Szukali swojego raju w USA, Australii, Kanadzie. Po drodze najczęściej czekał ich czyściec – pobyt w ośrodku dla uchodźców gdzieś w Austrii czy Włoszech. Z listów osób, które tam trafiały, wyzierało zdumienie pomieszane z przerażeniem. Warunki, w których mieli spędzić kilka lub kilkanaście miesięcy nie były tym, czego spodziewali się po wolnym "Zachodzie". Co gorsze – nawet relacje w "urbanowej" telewizji nie były przesadzone. Wydawałoby się, że to zbiorowe doświadczenie na zawsze zmieni polskie postrzeganie losu osób, które decydują się na opuszczenie swojego dotychczasowego życia. Niestety nasza pamięć jest niezwykle krótka.
Imigranci przybywający do naszego kraju zdają się być dzieleni są według prostego klucza. Ci pierwsi przybywają do nas wraz z dużymi zachodnimi korporacjami. Drudzy – z wojen, biedy, niewoli. Raczej nie muszę pisać, jak różne czeka ich u nas przyjęcie.
W ciągu ostatnich 20 lat bardzo zmieniła się imigracja jako zjawisko społeczne. Poprzednio pierwsi wyjeżdżali mężczyźni. Osiadając w nowym kraju starali się budować podstawy umożliwiające im sprowadzenie rodzin. Obecnie co raz częściej emigrują kobiety. Uciekają same, choć równie często z dziećmi. Dla nich jest to szczególnie trudne doświadczenie. Nie zostawiają za sobą czekających wiadomości rodzin. Kultura przykleja im metkę wyrodnych matek, niewiernych żon. Jako emigrantki, kobiety bardziej narażone są na ryzyko stania się ofiarą handlu ludźmi. Stania się ofiarą przestępstw seksualnych. Narażone są na zakażenia przenoszone droga płciową. Dodatkowo ogromną komplikacją może stać się nieplanowana ciąża. To prawda, że pozwala na pozostanie w naszym kraju przynajmniej do porodu. Cena jest jednak ogromna i w żaden sposób nie rekompensuje tego co je czeka. Po pierwsze konfrontacja z polską służbą zdrowia. Co z tego, że jest darmowa, jeśli w praktyce – jest praktycznie nie dostępna. Jak z niej korzystać? Jak dojechać z ośrodka do przychodni? Jak trafić na ten dzień, kiedy przyjmowane są zapisy na wizytę u ginekologa? Jak w końcu załatwić poród? Jak wychowywać dziecko, czekając na niepewną decyzję urzędników imigracyjnych? Kobiety te przybywają często z krajów, gdzie aborcja nie wywołuje tak histerycznych reakcji jak u nas. Nie spodziewają się, że przypadkowa ciąża może okazać się początkiem problemów, znacznie większych niż brak decyzji o zezwoleniu na pobyt. Niestety nasza – Polaków – postawa wobec imigrantek nie pomaga im. Nie jesteśmy przygotowani na przyjęcie kobiet szukających nowego życia. Nie są młodymi mężczyznami, zdolnymi do pracy za małe pieniądze. Często poddaje się pod wątpliwość ich motywacja do przyjazdu do naszego kraju zbyt łatwo przyklejając im łatkę osób świadczących usługi seksualne.
Ten niezbyt pochlebny opis nie dotyczy jedynie Polski i Polaków. Podobnie jest na całym świecie. Kobiety na całym świecie ponoszą większość kosztów związanych z konfliktami, zmianami klimatycznymi, przemianami społecznymi i ekonomicznymi. Cierpią w obozach dla uchodźców – choćby tak jak te, które uciekły z ogarniętej wojną Syrii. To one właśnie zasługują na szczególną opiekę i zainteresowanie społeczności międzynarodowej, bo dają szansę na przetrwanie nie tylko nas jako gatunku, ale przede wszystkim nas – jako różnorodnym wspólnotom.
Tekst ten nie zmieni budżetów zarządzanych przez polityków. Może jednak wywoła nieco refleksji o tym, czego w tym momencie naszej historii nie musimy doświadczać.