Kawa czy herbata? Od tego pytania zaczęło się ostatnie spotkanie z jednym ze znanych menadżerów. Miało być krótko i rozlaźle. Było długo i treściwie. I bardzo krytycznie.
REKLAMA
Z Tomkiem Kaczmarczykiem znamy się nie od dziś i nie od wczoraj. Nie będę go chwalił, ale jest jednym z lepszych, a na pewno jednym z bardziej uczciwych agentów w tym kraju. Taka jest po prostu prawda.
Choćbyśmy mieli się spotkać i gadać w założeniach o dupie Maryny to zawsze schodzi na piłkę. Zawsze. Drugi temat to dziennikarstwo sportowe.
Nie mieliśmy rozmawiać o Irku Jeleniu, ba, nie mieliśmy rozmawiać nawet o piłce. Ale tradycji stało się zadość. Ni z tego, ni z owego przytoczył mi fragment jednego z newsów, które w środę, tuż po zamknięciu okna transferowego, obiegły sieć.
Cóż, będąc agentem każdy powinien dbać o interes swojego klienta. A w jakim świetle media postawiły Jelenia pisząc, że ten nie podjął nawet negocjacji ze Stade Brest 29 na kilka godzin przed deadlinem? To oczywiste, w komentarzach, ale i w niektórych tekstach, zaczęło się znęcanie. Jedno hasło było wszechobecne: Jeleniowi nie zależy na reprezentacji, liczy się tylko kasa.
I w tym momencie należałoby się zastanowić. Podobno pojawiła się oferta. Telefon do Kaczmarczyka ma niejeden dziennikarz w tym kraju, to samo do Jelenia. OK, do prezydentów, trenerów, czy dyrektorów sportowych francuskich ligowców już gorzej. Ale warto było wykonać połączenie? Pytanie retoryczne, łatwe do odpowiedzi, a jednak odpowiedź nie jest oczywista.
Jedną z „ofiar” kopiowania newsów stał się całkiem przyjemny portal prowadzony przez Przemka Michalaka. Sytuacja o tyle zabawna, iż wcześniej kolega, z którym minąłem się w jednej z redakcji, potrafił dzwonić do agenta piłkarza Lille dość często, dosłownie z każdą plotką krążącą po redakcyjnych biurkach France Football czy L’Equipe. Tym razem mu się nie chciało.
Tym samym odbył mało przyjemną rozmowę. Naprostował akcję. Sprawa zamknięta. Ale nie do końca. Polskiemu dziennikarstwu się nie chce. Tak zwyczajnie. Leniwie leży w łóżku, zerka w ekran migoczącego laptopa, później na telefon i… przekręca się na drugi bok, myśląc przy tym „ale się ku*wa narobiłem”.
Łatwo jest rzucić ochłap. Czasem nie ma wyjścia. Jednak, gdy jest wydeptana ścieżka trzeba korzystać.
Gwoli ścisłości. Jeleń dostał ofertę z Brestu. I to taką, która sprawiła, że i napastnik, i agent, mogli powiedzieć z uśmiechem na twarzy, że ktoś ich docenia. Klub z miasta, gdzie znajduje się największy port wojenny Francji zaproponował takie warunki, że negocjacje musiały zostać podjęte. Tak, i pomyślano o tym, że w Bretanii będzie łatwiej o miejsce w składzie. Szybko przeanalizowano, że klub gra tak jak Irek lubi, idealnie pod niego.
O tym, jak blisko było transakcji niech świadczy fakt, że porozumienie dopinali Michel Guyot (prezydent Brestu) i Michel Seydoux (LOSC). Ostateczna decyzja należała do trenera Rudi’ego Garcii. Zablokował. Koniec tematu. I nie wyszedł tu brak ambicji Jelenia. Być może nie będzie grał wiosną za dużo w Lille. Być może nie pojedzie na Euro 2012. Ale to wszystko nie jest jeszcze powodem,aby robić czarny PR.
Ale tak zachowywać potrafią też menadżerowie. Robert Kiełdanowicz rzucił w media informację o zainteresowaniu Pawłem Brożkiem przez Deportivo La Coruna. Ogólnie nawywnętrzał się. Druga liga hiszpańska lepsza od walki o mistrzostwo Szkocji? Piłkarsko może. Choć i tu wątpię. Prestiżowo – na pewno nie. Finansowo… Cóż, opowiadanie o bajecznych warunkach w Hiszpanii trąca myszką. Umówmy się. Deportivo, jak i 85% hiszpańskich klubów, ma ogromne problemy, żeby wiązać koniec z końcem. W wielu z nich, w tym i w wielkim „El Depor”, zawodnicy czekają na zaległe pieniążki. A ich nie ma. To co miał wybrać Brożek, hmm?
A media muszą wszystko chwytać… To trochę jak na tym demotywatorze:
Robią to samo. Skrawek informacji, niby gówno, a tworzy się z tego lizaka smacznego dla zidiociałego odbiorcy, a nieprzyswajalnego dla człowieka chcącego coś mądrego przeczytać. Szkoda.
