Rzeczywistymi ofiarami wprowadzanego zakazu handlu nie będą klienci. Bardzo boleśnie skutki tej inicjatywy będą odczuwać przede wszystkim pracownicy marketów. A klient? W niedzielę walnie nosem w zamknięte drzwi sklepu i już następnym razem będzie wiedzieć, że trzeba przyjść w sobotę lub piątek i kupić na zapas. Często dużo za dużo. A takich klientów, nas, są miliony.
REKLAMA
W 2013 roku w tym portalu opisywałem historię wprowadzania handlowej niedzieli do naszej świadomości, gdzieś w połowie lat 90 tych. Szło to dosyć ślamazarnie, minęły jednak lata i coś co było kiedyś nowinką, stało się częścią nowej klientowskiej kultury pop - tak samo jak Coca-Cola czy z nowszych przykładów, Ryanair. Mój tekst stał się kanwą wywodu ks. Artura Stopki (Rzeczpospolita, 3 listopada 2017 str A12), który byłby ciekawym przyczynkiem do dyskusji, gdyby nie to, że autor zignorował przynajmniej dwa pokolenia, dla których otwarte sklepy w niedzielę już stały się częścią ich konsumenckiego DNA. Tak to bywa, że coś, co kiedyś może było przywilejem (jak szynka za komuny) dzisiaj, o dziwo, wydaje się rzeczą najzwyklejszą i to do tego stopnia, że w ogóle się o tym nie dyskutuje. Nie odnotowałem jeszcze publicznej dyskusji, czy szynka powinna być dostępna codziennie, czy tylko w niektóre uprzywilejowane dni. Natomiast dyskusja wywodząca się z podobnie absurdalnego rodowodu, trwa w najlepsze wokół innego tematu - zamknąć sklepy w niedziele.
Chcecie wiedzieć, co będzie się działo w sklepach? Widziałem to na Węgrzech i po niecałych 6 miesiącach premier Orban wymiękł przywracając handel w niedziele. Od czwartku klienci będą tłumniej nadciągać do sklepów, aby w sobotę doprowadzać do czegoś co przypominać będzie piekło, ale nie piekło klienta, tylko pracownika.
Klient będzie miał kilka stresów, uleczalnych w kilkanaście, a czasem w kilkadziesiąt minut - walka o koszyk czy stanie w gigantycznych kolejkach. Ale wyjdzie i zapomni.
Pracownik marketu będzie musiał zmierzyć się z większą niż zwykle ilością klientów, transakcji kasowych przez osiem godzin dziennie. Dodam tylko, że ostatnią myślą, którą miałby dyrektor operacyjny jakiejkolwiek sieci, byłoby dotrudnienie dodatkowych pracowników. Problem w tym, ze nawet weekendowa kompensata zakupów, w skali całego roku nie wyrówna strat ponoszonych przy zamkniętych drzwiach marketu w niedziele i solidnie zachwieje finansami marketów. I co robi się w takich sytuacjach ? Redukuje się ilość pracowników, aby lista płac była w zdrowej proporcji do obrotu. Dlatego sklepy nie będą zatrudniać nowych pracownikow. Także dlatego, że po wydrenowaniu Ukrainy, pozostałby już chyba Azerbejdżan, gdzie można znaleźć gotowych do pracy w naszych sklepach. Sieci handlowe, które chciałyby uatrakcyjnić swoją ofertę i PR zmniejszając kolejki poprzez np. obsadzenie wszystkich kas , musiałyby więcej płacić, a w konsekwencji podnieść ceny i ...zbankrutować. Jako klienci nie jesteśmy bowiem gotowi płacić 10% więcej za pomidory, które można kupić taniej obok, nawet „wystając” dodatkowe pół godziny w kolejkach do kasy. Takie życie...
Parlamentarzyści dali się wmanewrować w pułapkę status quo sprzed kilkunastu lat, gdzie rzeczywiście temat był aktualny. Nie było regulaminów oferujących zamienne wolne dni, nie było tylu chętnych studentów, którzy dzisiaj często dorabiają w weekend, nie było naszych gości z Ukrainy. W dzisiejszych realiach, to właśnie pracownicy tymczasowi są w większości tymi osobami, których widzimy niedziele w marketach. Zabiera się studentom czy matkom na wychowawczym możliwość dorobienia, kompletnie mijając się z faktycznymi problemami dzisiejszego handlu, a w szczególności spożywczego, jakim jest ...bardzo tanie jedzenie.
Wojna handlowa między globalnymi sieciami zredukowała marże producentów, towar musi być tani i najtańszy. To prowadzi do dramatycznie niskich marż nie tylko u producentów, ale przede wszystkim w handlu spożywczym. Jako konsekwencja jawią się niska jakość produktów, niskie zarobki i optymalizacja struktur, czyli zwolnienia sklepach oraz ....hałdy wyrzuconego w niedzielę wieczorem jedzenia...bo tanie.
I tak o to zamiast walczyć o wyższe płace i więcej pracowników w sklepach, „Solidarność” funduje garstce swoich członków i przy okazji wielu milionom klientów i pracowników handlu, weekendowy armagedon. Wyższe wynagrodzenia i więcej pracowników - to jest temat głównych dyskusji na zapleczach sklepów. Dzisiejszy handel to złożony i kompleksowy proces wymagający dobrze opłacanych profesjonalistów a praca w niedziele nie jest głównym tematem ich rozmów. Argumenty o Niemczech i Francji są nietrafione - tam zakazy wprowadzono zanim klientowskie przyzwyczajenie robienia zakupów w niedziele stało się częścią kultury masowej.
Historia magistra vitae est. Może się zdarzyć zatem, że milcząca większość, stroniąca dotąd od wdawania się w spór o Trybunale czy niezależności sądów, zjednoczy się wokół niedzielnych zakupów. Bo nic tak nas nie jednoczy we wspólnym proteście, jak nazywanie przywilejem dostępności szynki kiedyś, czy, jak teraz, handlowych niedziel. Tysiące bywają w sądach, ale miliony w sklepach. I to poddaję pod dyskusję parlamentarzystów.