Z perspektywy osoby pokonującej miesięcznie kilka tysięcy kilometrów, dyskusja o radarach nie jest interesująca. Nie radary są problemem. Problemem są kierowcy. Jest pewnie jakiś związek między jakością dróg a emocjami na drodze, lecz nie przeceniałbym tej korelacji. To my kierowcy jesteśmy w największym stopniu wzajemnym zagrożeniem.
REKLAMA
Pamiętam, że jeszcze 15-20 lat temu warszawskie ulice i obyczaje kierowców cieszyły się złą sławą w całym kraju. Krótko mówiąc, jazda na np. "suwak" postrzegana była jako wyraz cwaniactwa i instynkt podpowiadał, żeby gada nie wpuścić na swój pas, bo przecież ja czekałem, to niech i on czeka, ten cham. Dzisiejsze moje obserwacje są inne. Warszawscy kierowcy są najbardziej pragmatycznymi kierowcami w Polsce. Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z rosnącym stopniem kultury osobistej, ale na pewno ma ze zjawiskiem, które na własny użytek określam, jako samoregulujący się zespół naczyń połączonych. Nie dowiemy się, kto ten proces rozpoczął. My, kierowcy uświadomiliśmy sobie, że bez aktywnego dostosowania naszego zachowania do możliwości wyznaczonych przez ilość aut dzielonych przez szerokość ulicy, w pewnym momencie nie będziemy mogli włączyć się do ruchu chcąc wyjechać z garażu czy ze stacji paliw. Będziemy stać zamiast jechać.
Ten obraz staje się jeszcze wyraźniejszy, gdy stosuję lekcję warszawskiego pragmatyzmu w innych miastach. Wystarczy pojeździć w Krakowie czy Poznaniu, a jazda na "suwak" czy jakikolwiek inny manewr związany z oczekiwaniem na dobrą wolę innych kierujących staje się wstępem do wojny światowej. W najlepszym przypadku możecie zobaczyć skamieniałe twarze wpatrujące się w jakiś punkt nad kierownicą - słowem, wszystko, aby Cię nie zobaczyć w małej uliczce dojazdowej, w której oczekujesz od kilku minut na wjazd.
Jestem za wywieraniem nacisku , żeby radary stały we właściwych miejscach a bezsensowne lokalizacje znaków drogowych nie niszczyły motywacji przestrzegania przepisów. Żądajmy kar dla firm budowlanych, które po zakończeniu robót zostawiają znaki zakazu czy objazdu, czasami na wiele miesięcy po zakończonych robotach, bo wtedy przestajemy wierzyć jakimkolwiek znakom. Przykłady można mnożyć. Ale to łatwizna - żądać i czekać, aż "władza" coś zrobi. Zapraszam do innego ćwiczenia.
Oprócz ciśnienia na rząd, burmistrza, proboszcza czy kogo tam jeszcze, wywierajmy presję na siebie. Namawiam do donosów obywatelskich w każdym przypadku drastycznego łamania przepisów. Jeśli widzicie wariata wyprzedzającego na trzeciego, zapiszcie rejestracje i zadzwońcie na policję. Przecież to nasza obojętność jest przyczyną rozwydrzenia sporej grupy kierowców. Nie dajmy się traktować jak bezmyślne słupy do wyprzedzania. To tak, jakby ktoś machał Ci nożem przed nosem - patrzyłbyś na to spokojnie? Czekałbyś, aż facet wpakuje Ci ten nóż po rękojeść? Nas , którzy chcą dojechać bezpiecznie i w miarę sprawnie z miejsca A do B jest większość - dlaczego zatem milczymy i dajemy się ograć cwaniakom? Niech wiedzą, że i Ty możesz być jego policjantem. Wystarczy, że będzie musiał się zameldować kilkanaście razy w roku w różnych miejscach Polski na przesłuchania, to nawet satysfakcja w przypadku umorzenia sprawy (bo przecież świadkowie, korowody prawne, dowody) nie będzie bilansowała stresu konieczności meldowania się na przesłuchania od Wałbrzycha po Ełk.
Prosty plan, nie wymagający nakładów, a zrozumienia, że jeśli chcemy tworzyć społeczeństwo obywatelskie, to także ulice są obszarem takiej obywatelskiej edukacji. Konieczne jest osobiste zaangażowanie, nie wystarczy tylko kliknąć w internetowe łącza, czy jesteś za czy przeciw radarom. I to może najsłabszy punkt tego planu....