Ze zdumieniem wsłuchuję się w wypowiedzi naszych polityków, nie tylko z obozu rządowego, że wysłanie do Mali polskiej misji wojskowej nie budzi większych oporów. Taka grupa doradców, niech sobie jadą pomóc tym Francuzom w Afryce. Jeśli chcemy wysłać doradców, to wyślijmy, ale nie żołnierzy, lecz jakąś firmę consultingową. Przynajmniej będą wiedzieli, gdzie są i po co.

REKLAMA
Od czasu ataku na World Trade Center Europa i USA działają w paradygmacie "Al - Kaida". Zdusić zagrożenie terrorystyczne jak najdalej od własnych granic. Wygląda, że w USA nic w tej koncepcji się nie zmienia. Amerykanie są chociaż konsekwentni. Europa - jak zwykle spóźniona i zaspana, wewnętrznie skłócona i mimo otwartych granic, podzielona, jest w stanie tylko wtedy reagować, gdy coś się już stało - jak teraz, w północnym Mali. Regularnie od lat podróżuję po Afryce i mam swój obraz obecności Europy na tym, chyba najpiękniejszym, kontynencie. Przejaskrawiam, lecz nie mogę oprzeć się wrażeniu, że działania instytucjonalnej Europy w Afryce nadal poddane są traumie kolonializmu. Wystarczy przeczytać o wyczynach króla Belgii Lepolda II w Kongo, pamiętniki oficerów niemieckich z wojen w Afryce Południowo-Zachodniej czyli dzisiejszej Namibii ( ciągły ogień ciężkich karabinów maszynowych na powstańców z plemion Nama i Herero uzbrojonych w dzidy i łuki), to mogę zrozumieć, że pra-prawnuki kolonizatorów z Francji, Holandii, Wlk. Brytanii czy Niemiec mogą czuć się nieswojo rozważając powrót. Tym razem, aby zainwestować. Nawiasem mówiąc, w części musiałyby to być chyba reinwestycje, gdyż jakiś procent europejskiego majątku to przecież wynik łupienia Afryki przez ponad 200 lat. Historyczna wrażliwość i czkawka naszych jakże pokojowo nastawionych narodów Europy nie powinna jednak być powodem ślepoty instytucjonalnej Europy. Przemieszczając się w Afryce, ale nie tej z katalogów biur podróży, zobaczycie, że trwa tam bardzo intensywna ekspansja, pewien rodzaj nowoczesnej kolonizacji, którą prowadzi...Chińska Republika Ludowa. Chińczycy budują infrastrukturę, rezydencje, autostrady i rafinerie. Powiewają flagi chińskie i banery z chińskimi napisami. Ostatnio leciałem w Zimbabwe piękną chińską kopią ATR- 72! Chińczycy nie tylko budują, ale i finansują. W zamian otrzymują prawa do wydobycia rud żelaza, niklu, kobaltu - w zasadzie wszystkiego, gdyż Afryka ma przecież olbrzymie złoża zasobów naturalnych.
A co robią Europejczycy? Trwa dyskusja, czy powinniśmy czytać dzieciom bajki o Murzynkach czy też inaczej ich nazwać, zbieramy pieniądze na lekarstwa przeciwko HIV, budujemy studnie w Sudanie i generalnie współczujemy Afrykańczykom na całego. Z ćwiczeń praktycznych mamy opanowane do perfekcji jedno: w kilka godzin wysyłamy z Korsyki dwie kompanie Legii Cudzoziemskiej i nie chcemy znać szczegółów ich operacji, bośmy zbyt wrażliwi.
Afryka potrzebuje inwestycji a nie naszej łaski czy komandosów. Większa część Afrykańczyków po prostu nie ma nic, a to oznacza, że nie mają także nic do stracenia i gotowi są na jakąkolwiek propagandę, nawet taką z gatunku Al-Kaida. O szansach wielu inwestycji wiedzą przedsiębiorcy, lecz skala kontynentu jest tak wielka, że bez politycznego wsparcia, ich inwestycje będą raczej przygodami niż trwałą inwestycją.
A tymczasem Chiny gospodarczo i kulturowo opanowują coraz większe obszary Afryki i nie zdziwmy się, że za 50 - 100 lat Czarny Ląd uzyska zdecydowany żółty odcień. Schorowana, stara Europa i tak nie będzie w stanie dostrzec tych odcieni, więc może jednak pozostańmy przy filozofii misji wojskowych i bajeczkach dla dzieci, jak to nasi żołnierze w Mali "żywią i bronią"?