Dyskusja o zamykaniu marketów w niedzielę zazwyczaj odżywa przed wyborami. W prosty sposób potrafi uporządkować dyskusję , można się zapisać do odpowiedniego obozu i bez głębszego namysłu reprezentować ten, czy tamten pogląd. Tym razem dyskusja rozpczyna się wcześniej odsłaniając pustkę planów budowania kapitału społecznego przez część politycznych elit. W zasadzie powinienem napisać coś o rynku pracy, PKB czy VAT, stratach w gospodarce narodowej , zaciekle broniąc handlowania w niedzielę. Spróbuję jednak naświetlić obraz z innego punktu widzenia.
REKLAMA
W czasach PRL sklepy w niedzielę były zamknięte. Po prostu. I było to oczywiste zarówno dla głęboko wierzących jak i sekretarzy komitetów partyjnych (często także głęboko wierzących). W tamtych latach istniały wentyle społeczne w postaci tzw. "złotych niedziel". Sklepy były otwarte i Ministerstwo Handlu Wewnętrznego (istniało coś takiego) starało się zapewnić lepszą dostępność papieru toaletowego a dwa programy telewizyjne częściej przypominały, że kontenerowiec z kubańskimi pomarańczami jest już coraz bliżej Gdyni. Nieprzebrane tłumy kilka razy w roku, niedzielnego przedpołudnia wkraczały do sklepów demonstrując, jak pięknie można łączyć uczestnictwo w porannej mszy świętej i wiarę w to, że może tym razem trafimy na jakąś okazję - a okazją były wtedy nie tylko kiełbasy, okazją były nawet książki.
W pierwszej połowie lat 90-tych większość sklepów nadal utrzymywała tradycję niedzieli bez handlu. Trudno było to zrozumieć większości zagranicznych menadżerów, budowanych wtedy hipermarketów, że klienci nie domagają się otwarcia w niedzielę - żadne przepisy prawne nie stały przecież na przeszkodzie.
Pamiętam, że w 1994r eksperymentalnie otworzyliśmy w hipermerkecie w Warszawie także opcję niedzielną , na początku ograniczając godziny otwarcia do 13. Niestety tłumów nie było, mnożyły się straty w towarze, którego nie mogliśmy sprzedać w oczekiwanej ilości. Ale cóż, jak się mówi A to trzeba być konsekwentym i mówić także Z. Liczyliśmy na to, że zmiana trybu pracy, napływ kapitału, nowe biznesy z nowoczesnym trybem zarządania, nowe godziny pracy do godzin wieczornych, pozwolą naszym klientom zrozumieć, że zakupy w soboty i niedziele stanowią alternatywę wieczornych długich kolejek do lady.
I tak się stało. Klienci rozpoznali niedzielę jako okazję do uzupełnienia tygodniowych zakupów domowych i do dzisiaj nie pozwalają sobie zabrać tego przywileju. Przywileju, którego tak bardzo zazdroszczą nam np. niemieccy klienci, którzy w byłych Niemczech Zachodnich zostali pozbawieni części swoich praw w latach 70-tych przez SPD.
Dzisiaj, w Polsce, dla nowych pokoleń wchodzących w dorosłe życie możliwość, a nie przymus odwiedzenia supermarketu czy centrum handlowego jest tak oczywisty, jak możliwość posiadania telefonu komórkowego bez konieczności wydzwaniania do wszystkich znajomych przez 24 godziny na dobę.
W czasach, gdy indywidualizm jest miarą pokolenia, a zmianę zachowań zapewnią raczej naturalne autorytety niż ustawy, wskazywanie paluchem na konieczność przebywania przy niedzielnym obiadku, przynosi więcej szkody niż pożytku. Klienci nie są jakimiś głupkami, którym można mówić, co wolno, a co nie. Niektórzy klienci podązają za przykazaniami Dekalogu, tych pewnie w marketach nie zobaczymy (?) a inni wręcz przeciwnie, czekaja na niedzielę, aby powłóczyć się w tłumie. Sami chcą decydować o sobie. Tak banalna i codzienna decyzja, kiedy kupić coś do lodówki jest także częścią ich autonomi.
A tak nawiasem mówiąc, oprócz zamykania marketów, jakąż to alternatywę zapewnią ci, którzy domagają się niedziel wolnych od handlu. Będą promować niedzielne wycieczki z PTTK, lekcje na pianinie, odwiedziny ciotki Klotki? Przecież to opcje dostępne i dzisiaj. Dajcie spokój, zajmijcie się stwarzaniem naprawdę kuszących alternatyw i planów społecznych. Wskażcie na drogi budowania kapitału społecznego. Wtedy klienci dobrowolnie odwrócą się od niedzielnych zakupów, gdyż niedziela stanie się dla nich fascynującym czasem bez zakupów i zapewne poświęcą się innym kuszącym alternatywom niż wizyty w hipermarkecie.
Stworzenie takich alternatyw wymaga jednak od polityków wspólnego wysiłku - a z tym już trudniej. O wiele łatwiej zabronić in vitro, zakupów w niedzielę, związków partnerskich i czego tam jeszcze, po prostu , "żeby nic nie było" jak mówił wieszcz z Białegostoku.
Wszak wystarczy tylko podnieść rękę i nacisnąć przycisk. Powodzenia ! Wybory już za dwa lata.