Media często donoszą o sieciach handlowych budujących dyskontowe markety, które podobno tworzą nowy typ klienta. Klienta, dla którego najważniejsza jest niska cena produktu oraz lokalizacja sklepu niedaleko miejsca zamieszkania. Ograniczenie ilości produktów do kilkuset ogranicza trudy dokonywania wyboru. Nie zmusza też do refleksji nad stosunkiem ceny do jakości. Pracując w handlu detalicznym od ponad dwudziestu lat, zadaję sobie pytanie, czy sieci handlowe dopiero budują taki typ klienta, czy tylko rozbudowują i tak od dawna istniejący archetyp szeroko rozumianego „dyskontowicza“.
REKLAMA
Początków wzorca dyskontowicza częściowo upatruję w słabościach polskiej szkoły. Przez ten system każdy z nas musiał przejść, a wielu z nas obserwuje teraz swoje dzieci zmagające się z jego wymogami. To w szkole rozpoczyna się proces wtłaczania dyskontowej papki. Nie tylko jednak tam. Nieoczekiwanie rozwój nowych technologii pozwalających na zastąpienie trudów samodzielnego dochodzenia do celu, odrzucania nietrafnych hipotez i zamieniający samodzielne myślenie na wybór algorytmu myślenia Google lub Yahoo, stał się kolejnym smacznym dyskontowym daniem dla młodego człowieka. A przecież jeszcze niedawno technologie były tylko wspaniałym narzędziem wspomagającym proces przyswajania wiedzy. Gdyby istniały tak odporne na działanie lekarstw choroby, jak nasza coraz bardziej ograniczona zdolność do trudów niezależnego wyciągania wniosków, ludzkość od dawna byłaby zdziesiątkowana.
O wiele łatwiej jest oddać się we władanie naturalnej konkurencji – nowe technologie dostępne w domu, gdzie wymaga się najczęściej tylko sprzężenia zwrotnego pomiędzy palcem na joysticku a gałkami ocznymi dostrzegającymi snajpera celującego do Twojego dziecka – rozwalonego w wygodnym fotelu. Cudowna dyskontowa satysfakcja.
Nie myślmy jednak, że my rodzice jesteśmy ulepieni z innej gliny. Owinięci tabloidami, wpatrzeni w internetowego pudelka szukamy odpowiedzi na pytania zadawane przez wirtualne fora, czy aktor X rozwodzi się z piosenkarką Y i czy przeprowadzi się do modelki Z. Rozbudowujemy wzorce zachowań przyswajane już w domu a wzmacniane w szkole – wzbudzanie emocji jest dostępne szybko, bez nadmiernego trudu i w masowym globalnym zasięgu. Krótko: emocjonalny dyskont, a już jutro będziemy chcieć odczuwać większe emocje jeszcze mniejszym wysiłkiem. Value for money... no może z wyłączeniem naszych piłkarzy. Tam nie ma tej zależności. To raczej przeterminowane delikatesy za przedrożoną cenę. Lecz jeśli oparty klient ciągle chce przepłacać niską jakość, to dlaczego odmawiać mu takiej oferty?
Emocje będziemy mogli spotęgować, jeśli np. skorzystamy z absolutnie najlepszej, dyskontowej oferty wakacji w Egipcie. Ten rodzaj dyskontu nie wymaga od nas żadnego wysiłku – polskie MSZ przez tygodnie podtrzymywało tezę, że w kurortach jest bezpiecznie, opaleni turyści opowiadali przed kamerami dyskontowych telewizji, jakie to bzdury się opowiada o tym Egipcie! I zaświadczają własnymi twarzami i nazwiskami, że w Hurgadzie spokój, a ceny spadły nawet poniżej poziomu... dyskontów.
Jeśli jeszcze nie wylecieliście to zróbcie to jak najszybciej – im więcej zabitych w Kairze tym taniej nad Morzem Czerwonym. Moralność? Owszem, dyskontowa...
Oczywiście wiem, że mój tekst jest czarno-biały i uproszczony – powiedziałbym nawet, że taki... dyskontowy. Lecz prawdopodobnie uproszczone schematy to kierunek rozwoju naszej cywilizacji. Jesteśmy coraz bardziej „zewnątrzsterowni“. Coraz mniejsze indywidualne wyzwania i coraz większe globalne podobieństwa.
I oczekiwania, że tak jak w ofercie pewnego profesjonalnego prawnika wynajmującego box handlowy w jednej z galerii handlowych, będziemy mogli uzyskać poradę prawną w relacji "value for money". Złośliwcy powiedzą, cóż to za porada za 3 dolary? A kogo to obchodzi, jeśli będą klienci? Ważne, że klient wierzy, że otrzyma jakość za niską cenę i że, jak widać, taka oferta jest dostępna na rynku.
Ten prawnik z siedzibą w sklepie, już zrozumiał, jaki jest dzisiejszy świat i ma duże szanse na sukces.
Niestety.