Staram się zrozumieć wrzawę wokół komentarzy Jerzego Janowicza. I chyba rozumiem, dlaczego ostre słowa tenisisty znalazły się w przekazach dnia. Przedstawiciele czwartej władzy poczuli się dotknięci, gdy Janowicz odmówił im prawa spełniania ich oczekiwań. Oczekiwań, żeby nigdy nie przegrywał, a jeśli miałby w ogóle przegrać, to tylko z otwartym złamaniem przedramienia i to po rozegraniu przynajmniej kilku gemów. No i żeby godzinami wszystkich przepraszał.
REKLAMA
Przegrać tak po polsku, czyli po bohatersku. I tylko wtedy moglibyśmy Jerzemu Janowiczowi wybaczyć przegraną. Któryś z dziennikarzy rzucił, że reprezentuje oczekiwania widzów czy czytelników. Być może... Ale mnie proszę w to nie mieszać.
Ja nie mam żadnych oczekiwań wobec Janowicza, aż ciśnie się, aby powiedzieć - naszego Janowicza. Po prostu cieszę się, gdy wygrywa i współczuję mu, gdy przegrywa.
Ale jaki on nasz? On jest swój, mamy i taty i ewentualnie sponsorów, jednak na pewno nie nasz. Janowicz mówiąc o szopie, nie mówi przecież o tu i teraz, ale o początkach swojej sportowej ścieżki.
On wie, że i szopa, ale i system szkolenia sportowców, a w szczególności młodych sportowców mogą być inne. Jego konkurenci wychowywani są poprzez profesjonalne i systemowe szkolenie oparte na „środkach trwałych” (boiska, tory, pływalnie, skocznie), zbudowanych przez gminy czy państwo. Nikt inny nie jest w stanie sfinansować tak drogiej infrastruktury. Jeśli istnieje baza sportowo-techniczna, jak np. Orliki, porządnie zadbana i utrzymywana w bardzo stanie technicznym, to kluby przy nieodzownym wsparciu rodziców i sponsorów, same zdołają zbudować nowe kadry przyszłych mistrzów.
Nie znam ścieżki życiowej pana Jerzego, ale mogę sobie wyobrazić, ze gdyby nie jego rodzice, nic by z tej kariery nie było. To najczęściej rodzice są pierwszymi sponsorami młodych sportowców. Są także kierowcami, opiekunami na wyjazdach czy zaopatrzeniowcami i najwierniejszymi kibicami. Mówię to opierając się na własnych doświadczeniach zebranych w ostatnich dziesięciu latach kibicując mojemu dziecku. Dziecku rozkochanemu w sporcie i spędzającego przynajmniej cztery godziny dziennie na pływalni. I uważam, że w biednym kraju, w jakim żyjemy, to absolutnie normalna rutyna. Żaden z rodziców, których znam, nigdy nie stanął przed Urzędem Miasta czy Sejmem żądając pieniędzy na szkolenie swojego dziecka. To nasze dzieci i nasza sprawa. Rozumiemy, gdzie żyjemy i cieszymy się, gdy raz po raz z treningowych szop wyskoczą nam gwiazdy jak Bródka, Janowicz, Jędrzejczak czy Lewandowski.
Jeśli dzięki nim, nasi włodarze, chcący się ogrzać w aurze Mistrzów znajdują pieniądze na budowę pływalni, stadionów, torów czy hali tenisowych, to świetnie. Kolejnym pokoleniom będzie łatwiej. Ale bardzo proszę nie formułować wniosków, że „wicie, rozumicie, Janowicz, my Wam tu halę wybudowali, a Wy wdzięczności nie macie, to niedopuszczalne Janowicz, wicie, rozumicie” Tak w świadomości zapisał mi się komentarz chóru kilku dziennikarzyi polityków. Jeśli niedokładnie cytuję, to bardzo przepraszam.
Nie znam sportowców, którzy są flegmatycznymi ciapami. I tak jest z Janowiczem. Zadziorny charakter, który jest jego siłą i adrenaliną na korcie, na konferencji prasowej okazał się dla wrażliwych dziennikarzy czymś nie do zniesienia.
Dlatego proszę – zbalansujmy nasze emocje, nie wynośmy naszych młodych Mistrzów wysoko na piedestały, gdy wygrywają, aby po jakimś gorszym meczu grzebać ich żywcem pięć metrów pod ziemią. Grał i przegrał. A jutro znów wygra, a potem przegra. Nie wiedzieliście, że to jest sport?
Tylko i aż sport.