Fot. Shutterstock

Moda na aplikacje mobilne opanowała Polskę. Podchwycili ją również urzędnicy, którzy na potęgę zlecają tworzenie programów, mających ułatwić życie obywatela. Z tym ułatwianiem niestety bywa różnie. Co powoduje, że aplikacje mobilne tworzone za publiczne pieniądze są, delikatnie mówiąc, marne lub czasami po prostu bezużyteczne?

REKLAMA
Dzięki mobile jest łatwiej
Smartfony i tablety zmieniły nasze życie. Dzięki nim liczymy ilość spalanych kalorii, odnajdujemy wolne miejsca parkingowe, robimy zakupy, a czasem nawet usprawniamy sobie pracę. Wybór, jaki ma przeciętny użytkownik jest naprawdę duży, a większość takich aplikacji jest darmowa. Z dobrodziejstw współczesnej techniki może skorzystać każdy. Wystarczy, że zaopatrzy się w smartfon lub tablet. Każdy może też taką aplikację stworzyć samodzielnie. Od premiery pierwszego iPhone’a, która wprawiła w ruch machinę zmian, minęło niedawno siedem lat. Przez ten dość długi czas aplikacje zdążyły już wyrosnąć z problemów wieku dziecięcego i stać się pełnoprawnymi asystentami ułatwiającymi załatwianie codziennych spraw. Niestety nie wszystkie.
Urzędnicy kontra profesjonaliści
Na rynku rozwiązań mobilnym funkcjonują cztery kategorie twórców aplikacji mobilnych. Najwięcej do powiedzenia w tej kwestii mają oczywiście duże firmy. Praktycznie każdy liczący się gracz, tworzący programy i gry na komputery osobiste, zainteresował się aplikacjami na smartfony i tablety. Powstało też wiele firm, które specjalizują się wyłącznie w aplikacjach mobilnych. Istnieje również bardzo silna społeczność niezależnych developerów, którzy tworzą takie programy własnym sumptem. Wreszcie mamy urzędników, którzy również starają się ułatwić życie Kowalskiego. Oni oczywiście programistami nie są, jednak ich „wkład” w rozwój tego sektora nie może pozostać niezauważony.
Jak pokazuje praktyka, nie ma się jednak z czego cieszyć. Aplikacje mobilne przygotowywane na zlecenie sektora budżetowego i instytucji publicznych wyglądają po prostu topornie, a ich użyteczność pozostawia wiele do życzenia. Bez problemu wygrywają z nimi hobbyści, którzy piszą takie programy często bez ogromnych budżetów i zasobów ludzkich.
W czym więc tkwi problem?
Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim bardzo rozbudowana funkcjonalność aplikacji, nieprzystająca do realnych potrzeb przyszłych użytkowników. Urzędnicy często nie zdają sobie sprawy z faktu, które funkcje oprogramowania są tak naprawdę niezbędne (brak poprzedzających analiz, badań ilościowych i jakościowych, etc.) i oznaczają dużą ilość pracy dla zleceniobiorcy. We wniosku przetargowym, unijnym lub w briefie wpisują więc wszystko, co im przyjdzie do głowy. Tak na wszelki wypadek. W efekcie, wyceny takich „kombajnów” oprogramowania szybują niebotycznie wysoko. Rynek jednak szybko weryfikuje te zapędy, gdyż często okazuje się, że w budżecie nie ma wystarczających środków finansowych. Ostatecznie, cena zostaje obniżona i to często kosztem użytecznych funkcji. W rezultacie zleceniobiorca musi dostarczyć karkołomną wypadkową ograniczonej funkcjonalności i najniższej ceny. A jak powszechnie wiadomo, obserwując proces powstawania infrastruktury drogowej w naszym kraju, praktycznie nigdy taka „mieszanka wybuchowa” nie oznacza nic dobrego.
Kolejnym grzechem jest „porzucanie” aplikacji tuż po ich udostępnieniu. Próżno więc szukać aktualizacji poprawiających błędy i dostosowujących aplikację do wymagań nowych wersji mobilnych systemów operacyjnych. 2011 i 2012 to najczęstsze lata, kiedy po raz ostatni aktualizowano większość takich aplikacji. A technologia i świat idą do przodu. Od tego czasu systemy operacyjne w smartfonach i tabletach doczekały się kilku bardzo ważnych aktualizacji, które spowodowały konieczność wprowadzenia poprawek w aplikacjach.
Nikt też zbytnio nie przejmuje się archaicznym wyglądem takich programów, które nie pasują stylistycznie do nowoczesnych systemów operacyjnych. Nawet dziś można natrafić na aplikacje, które zostały zrobione na szybko i nikt nie przemyślał nawigacji czy ich wyglądu.
Do tego dochodzi również problem związany z brakiem lub małą ilością środków finansowych przeznaczanych na promocję aplikacji wśród jej potencjalnych użytkowników. To wielokrotnie także przyczynia się do szybkiej „śmierci” takiego oprogramowania. A frustracja użytkowników rośnie…
logo
W jakim więc celu powstają te wszystkie aplikacje? Czy służą tylko zrealizowaniu ambicji pt. „Urząd miasta X z pierwszą aplikacją mobilną w regionie”? Chyba nie tędy droga. Lepiej już, by urzędy nie tworzyły takich „potworków” na siłę, bo korzyści z ich istnienia nie odnosi nikt.
Nie chcę, byście Państwo odnieśli wrażenie, że wszystkie aplikacje tworzone na zlecenie urzędników są złe i do niczego się nie nadają. Na szczęście można znaleźć nieliczne wyjątki, także w naszym kraju, które mogą być uznane za wzór do naśladowania. Niestety, jedna jaskółka nie czyni wiosny.