
Sprzedaż internetowa z roku na rok przynosi coraz większe dochody. Jednak sklepy mogą zarabiać jeszcze więcej. Rozwiązanie, które im na to pozwoli jest bardzo proste i sięga do korzeni handlu. O czym mowa?
REKLAMA
Zakupy w internecie są już dla większości z nas codziennością. Dla niektórych jednak barierą wciąż jest brak możliwości zapoznania się z produktem oraz konsultacji ze sprzedawcą. Widać to w branży retail, ale również w usługach. Część klientów musi najpierw zobaczyć produkt na własne oczy i przetestować, by dopiero później dokonać zakupu. Inni natomiast nie są przekonani do zawierania umów na dostawę mediów, prądu czy gazu przez internet. Nawet, gdy do podpisania dokumentów ma dojść w obecności kuriera, który powinien dać czas na dokładne zapoznanie się z umową.
Rozwiązaniem tego problemu jest tzw. sprzedaż online-to-offline, czyli O2O. Dzięki niej klienci mogą odwiedzić placówki stacjonarne firm internetowych i na miejscu zdecydować o dokonaniu zakupu. Branżowy serwis Screenwerk.com, który analizował raporty dotyczące sprzedaży w USA, twierdzi, że transakcje online-to-offline generują sprzedaż o wartości nawet 10-krotnie przekraczającej wolumen sprzedaży w całym tamtejszym e-commerce.
Jednak, aby sprzedawać w ten sposób należy posiadać własne placówki stacjonarne. W Polsce model O2O powoli zdobywa popularność. Korzystają z niego przede wszystkim duże sieci handlowe, które posiadają już swoje sklepy stacjonarne. W przypadku branży usługowej można natomiast tworzyć placówki franczyzowe. Okazuje się, że ten sposób dotarcia do większej liczby klientów preferują także małe firmy oraz polskie startup, np. LepszaOferta.pl. Firma zamierza do końca 2015 roku stworzyć ich aż 5 tysięcy. Co więcej, branża usługowa może nawiązać współpracę również z multiagencjami, punktami obsługi, niezależnymi agencjami ubezpieczeniowymi czy biurami kredytowymi i to one mogą reprezentować firmę w offline.
