Atmosfera w Los Angeles robi się nerwowa. Słynni fryzjerzy napastowani przez gwiazdki drugiego sortu wyłączają komórki. Słynni krawcy prują, zszywają i znów prują kilka kreacji równocześnie, a gdzie nie spojrzeć – jaśnieje nazwisko któregoś z tegorocznych kandydatów do nieśmiertelności.
REKLAMA
Oscarowa gala to esencja wszystkiego, co składa się na przemysł rozrywkowy: piękna i kiczu, szlachetnych porywów i najniższych instynktów, elegancji i bezguścia, wzniosłości i banału. Odzwieciedla nie tylko najnowszą modę, ale również kondycję filmowego światka i nastroje jego mieszkańców. Od chwili ogłoszenia nominacji, nad scenariuszem ceremonii pracują setki, a licząc z fachowcami drugiego planu, tysiące ludzi. Same dowcipy dla konferansjera pisze kilkunastu scenarzystów plus on sam. Imprezę poprowadzi weteran – Billy Crystal i dobrze jej to wróży. Poprzednio akademicy powierzyli konferansjerkę reprezentantom najmłodszego pokolenia, Anne Hathaway i James’owi Franco, niestety błysnęli jedynie wyszukanymi strojami zamiast poczuciem humoru. Młodych widzów, wbrew rachubom, nie przyciągnęli stąd decyzja o zatrudnieniu sprawdzonego – i to już osiem razy – Crystala.
63-latek napisał na Twitterze: „Zgodziłem się, żeby ta młoda dama w aptece, gdzie odbieram lekarstwa, przestała mnie pytać o nazwisko”. W listopadzie mówiło się, że gospodarzem będzie Eddy Murphy, ale pokłócił się z organizatorami. Jeśli chodzi o scenografię wiadomo, że teatr (noszący do niedawna imię Kodaka, który zbankrutował), ma przypominać „ponadczasową salę kinową” – jak ujął to główny producent Brian Grazer. Za tym abstrakcyjnym określeniem kryje się nawiązanie do dwóch filmów o filmie, które zdominowały pulę nominacji. Chodzi o niemy, czarno-biały obraz „Artysta” Michela Hazanaviciusa oraz pierwszyy film Martina Scorsese dla dzieci – i małych, i dużych, i tych całkiem dorosłych – „Hugo i jego wynalazek”. Oscary to hollywoodzki festiwal wzajemnej adoracji, a te dwa filmy, skądinąd świetne, doskonale nadają się na tło do zachwytów nad własną historyczną rolą i dobrodziejstwami, które spotkały ludzkość za sprawą przemysłu filmowego.
Na podstawie Złotych Globów, statystyk, notowań bukmacherów, układu gwiazd i fusów od kawy można przypuszczać, że największe szanse na kluczowe trofeum ma „Artysta” z dziesięcioma nominacjami, choć aż jedenaście dostał „Hugo”. O nagrody aktorskie będą się zmagać odtwórcy głównych ról: w tymże filmie – Jean DuJardin i „Spadkobiercach” – George Clooney. Faworytem jest Francuz, ale pewien element niepewności istnieje. Jeśli chodzi o statuetkę za reżyserię, należy się Martinowi Scorsese, który złożył hołd swojej największej miłości i pasji czyli kinematografii, pozwalając współczesnej publiczności przeżywać klasyczne sceny filmowe, włącznie z wjazdem lokomotywy braci Lumiere na stację, równie intensywnie jak przeżywali je nasi pradziadowie, bo w 3D. Oscara za najlepszą rolę żeńską mogą dostać: „Żelazna Dama” Meryl Streep lub Viola Davis, nominowana już raz za rolę w „Doubt”, u boku... Meryl Streep. Skomplikowane? Owszem, bo przecież Hollywood to jedna wielka rodzina. Scenarzystą roku zostanie prawdopodobnie Woody Allen, twórca „Północy w Paryżu”.
Polska ma szanse na dwa Oscary. Janusz Kamiński otrzymał nominację za zdjęcia do "Czasu wojny" Stevena Spielberga. Będzie walczył z Guillaume Schiffmanem („Artysta”), Jeffem Cronenwethem („Dziewczyna z tatuażem”), Robertem Richardsonem („Hugo i jego wynalazek”) oraz Emmanuelem Lubezkim („Drzewo życia”). O szansach „W ciemności” Agnieszki Holland trudno gdybać, bo w przypadku „obcych” filmów duże znaczenie ma lobbing dystrybutorów, środowiskowa poczta pantoflowa, a nierzadko zbieg okoliczności. Element popularności odpada: Amerykanie nie chodzą na filmy nieamerykańskie. W Nowym Jorku grywają je dwa czasem trzy kina studyjne, w Los Angeles może cztery, razem – kilkanaście na całe Stany! I z reguły dopiero po Oscarach. Przed ceremonią organizowane są tylko pokazy specjalne, a większość członków Akademii ogląda kandydatów na wideo. Jeśli im się chce. Większego znaczenia nie mają zatem względy finansowe: czy film dostanie statuetkę czy nie, pójdzie go obejrzeć jedynie garstka kinomanów. Wydawać by się mogło, że to zdrowa sytuacja – powinien wygrać najlepszy. Niestety, tak nie jest. Akademicy lubią być ważni i często dają zagranicznego Oscara z klucza politycznego. Niewykluczone, że tym razem zechcą wyciagnąć pomocną dłoń do irańskiego reżysera Asghara Farhadiego, twórcy „Rozstania”.
