archiwum własne

Lubiłem Warszawę. Byłem w stanie bronić jej w sporach, odpierać zarzuty brzydoty, tłoku, hałasu. Moja metropolia, rozwijająca się, miasto możliwości z wadami wynikającymi z wysiłku bycia lepszym miejscem.

REKLAMA
Lubiłem Warszawę, później zacząłem poznawać inne miasta. Nie piszę o weekendowych wypadach, kiedy dostrzegałem jedynie fasadę, nie pytając jak tu, gdzie indziej, wygląda życie. Trójmiasto, Poznań, ostatnio Bydgoszcz.
Wracając na Grochów traciłem pewność co do swego miejsca. Obdrapane budynki, te wyjątkowe, przynajmniej po praskiej stronie, sypiące się. Metropolia rosnąca w siłę, dbająca o arterie, sypialnie. Kiedyś na Grochowskiej były księgarnie, dziś nie ma już żadnej. Sklep muzyczny na Zamienieckiej, następne dwa na bazarze Szembeka, jeszcze jeden przy Wiatracznej... Przestało być przyjemnie. Może dorosłem? Czasem przyjedzie dziennikarz, napisze reportaż o jakby nietutejszej dzielnicy. Ok, może niezbyt się tu rozwijamy, ale jakoś żyjemy. 15 minut od centrum. Handlowe, w zasięgu kroków. Jeszcze rewitalizacja placu. Od dwóch lat stawiają nam tu fontannę i szalet podziemny. Kebaby się nie przyjmują, monopolowych coraz więcej. Wyblakły koloryt sennego miasteczka, choć z okien widać Pałac Kultury. Na Saskiej Kępie jest już inaczej, Stara Praga potrafi zachwycić, tutaj niewiele się zmienia.
Po drugiej stronie rzeki nie ma już knajp, do których chodziłem kilka lat temu. Czasem czuję się za stary na zmiany, które wydarzyły się, od kiedy eksploruje to miasto. Jakbym mieszkał na nieskończonej budowie. Po dwóch tygodniach z dala dostrzegam zbyt wiele nowych rzeczy, by myśleć, że to jeszcze moje miejsce. Ani to Europa, ani to co było.
W rozkroku stoję, chcąc, by ten Grochów nieco przyśpieszył, a drugi brzeg lekko zwolnił.