Akcja "Nie bądź dźwiękoszczelny" ma mnie zachęcić do chodzenia na koncerty. Z badań CBOS wynika, że ponad 81% Polaków nie było w zeszłym roku na żadnym koncercie. Przez wiele lat średnio dwa razy w tygodniu chodziłem słuchać muzyki na żywo. Małe kluby, te większe i duże, festiwale, plenery. Chodziłem i przestałem.
REKLAMA
Wielokrotnie chciałem zobaczyć jakiś koncert i rezygnowałem. Po wcześniejszych doświadczeniach z niektórymi klubami wiedziałem, czego mogę się spodziewać po tych miejscach. Nie piszę tutaj o tłoku, zadymionym pomieszczeniu, to akurat mi nie przeszkadza. Chodzi mi o nieprzystosowanie warunków do koncertu. Nie jestem dźwiękoszczelny, jednak czasem chciałbym być. Wiele razy obserwowałem walkę muzyków ze sprzętem. I tak dobrze jeśli ten był na scenie, często brakowało odsłuchów, mikrofonów, na za małej scenie zespół wyglądał jak w zamkniętej klatce. Kiedy pracowałem w radio zdarzały się maile od knajp chcących wzbogacić swoją ofertę o muzykę na żywo. Jeździliśmy na spotkania, pomagaliśmy zrobić kosztorys. Nasze uwagi były odbierane jako fanaberie, przecież wystarczy postawić człowieka z instrumentem, niech gra. Tak jak Polscy lotnicy polecą na drzwiach od stodoły, tak samo polski muzyk poradzi sobie ze wszystkimi brakami. W końcu muzyka obroni się sama. Dziś jest już lepiej, choć zdarzają się miejsca, gdzie wciąż próbuje się opędzić imprezę jak najtaniej.
Jest jeszcze postawa samych muzyków. Biografie tych największych pełne są historii o całych trasach granych za "co łaska", byle tylko się pokazać. Za jakiś czas wrócić do miasta pełnego stęsknionych fanów. Daliśmy wam próbkę tego co potrafimy, teraz nam zapłaćcie. Dzisiaj wystarczy paru kumpli, trzy próby, siedem niedokończonych utworów by ustawiać się w kolejce po pieniądze. W muzyce improwizowanej prób ani utworów nie trzeba. Zdaję sobie sprawę że niesprawiedliwy jestem, że nie wszyscy grający mają takie podejście. Nieraz słyszałem marudzenie stołecznych zespołów planujących trasę jak to organizatorzy w Rzeszowie, Szczecinie nie chcą im godnie zapłacić albo, o zgrozo, proponują pieniądze z biletów. Co w tym złego że właściciel miejsca zapraszając do siebie nieznany nikomu zespół nie chce ryzykować? Czemu pisanie piosenek, granie muzyki ma być czymś więcej niż inne usługi. Referencje, opinie, a nie obietnice bez pokrycia. Argumenty że "w Warszawie przychodzi na nas 100 osób" to półprawdy bo prawie połowa z tego to znajomi a część z nich, w dodatku, nie płaciła za bilet. Znajomy muzyk powiedział mi kiedyś "zespół jest tyle wart ile liczba osób która przyszła na jego koncert".
Pamiętam jak pierwszy raz rodzice zabrali mnie do Pewexu. Stałem przyklejony do szklanej gabloty marząc o zabawkach z innego świata. Po tym doświadczeniu PRLowskie sklepy nie miały wiele do zaoferowania. Takie samo odczucie towarzyszy mi kiedy po koncercie zachodniej kapeli idę na koncert polskiej. Polscy artyści tłumaczą że koncerty to nie tylko biznes, a szkoda bo może wtedy poziom występów stałby na zachodnim poziomie. Amerykańska muzyka alternatywna wyrosła na haśle "do it yourself", dzisiaj krajowe zespoły przerzucają obowiązek promocji na klub lub szukają managera.
Są jeszcze media, a właściwie ich nie ma. Pracując w radio robiłem wywiady, relacje, przeszukiwałem internet w poszukiwaniu nadchodzących koncertów. Nie wiem na ile to było skuteczne, czy poprawiało frekwencje. Wtedy zauważyłem że media nie recenzują tych wydarzeń. Czemu poniedziałkowe, lokalne gazety nie mogą poświęcić kawałka strony na relacje z weekendów w klubach? Mając świadomość że coś mnie ominęło baczniej będę śledzić następny występ danego artysty w moim mieście. Trójmiejska Gazeta Wyborcza publikuję listę przebojów lokalnych muzyków. Do grup na facebooku, zapisuję się jeśli poznałem czyjąś muzykę, ale szczerze mówiąc nie chcę tracić czasu, jako zwykły odbiorca, na poszukiwaniu informacji o nadchodzącym wydarzeniu. Szczególnie w dzisiejszych czasach kiedy płyta nie zawsze oddaje talent, a właściwie jego brak. Może stąd popularność festynów i gwiazd z telewizyjnych show, przynajmniej wiemy z czym mamy do czynienia. W telewizji pokazali jak ta pani śpiewa, jak ten pan gra. Młodych niezależnych zespołów telewizja nie pokazuje, radia, poza kilkoma wyjątkami, nie puszczają ich utworów. Prasa muzyczna właściwie nie istnieje. Jest internet, ale często ciężko połapać się w setkach sprzecznych recenzji, wyrobić sobie zdanie oglądając marnej jakości film z przesterowanym dźwiękiem na youtube.
A co z publicznością? Nic. Pewnie rzeczywiście nie mają pieniędzy, wybierają darmowe, plenery, dni miast, festyny. Gdzie usłyszą wykonawców znanych z radia, profesjonalnie nagłośnionych albo jeszcze lepiej z playbacku. Chyba że chcemy wierzyć w jakąś zmowę w której zwykły człowiek po prostu z założenia nie chce w piątkowy wieczór wybrać się do klubu, napić się, spotkać z ludźmi i posłuchać muzyki.
Nie podoba mi się że akcja "Nie bądź dźwiękoszczelny" przerzuca odpowiedzialność za stan rzeczy na odbiorców.
Oczywiście przesadzam, w bogatej ofercie koncertowej naszego kraju odbywają się imprezy przygotowane na wysokim poziomie i jest ich zdecydowanie więcej niż jedna rocznie.
