
Trafiłem w necie na historię o tym jak to zła firma nie dała czegoś za darmo dziewczynie piszącej bloga. Dzieje się. Internety zawrzały. Od razu pomyślałem, że to wspaniała wiadomość – przecież jak powiem mojemu wulkanizatorowi, że piszę bloga to na wiosnę trzaśnie mi letnie za darmo…płatność blogiem. Zakupy w Żabie…płatność blogiem. Komorne w spółdzielni…płatność blogiem…wydaje mi się, że dzięki całej tej akcji blogerzy, będą mogli przejść na system bezgotówkowy…a w sklepach oprócz terminali pojawią się urządzenia pozwalające zalogować się na bloga i siekać wpisy na bieżąco, w ramach rozliczenia za miłą, albo niemiłą obsługę.
Idąc dalej, w mojej opinii, takie zachowanie spowoduje, że słowo bloger kojarzone będzie z rozkapryszonym dzieciakiem z programu sweet16 terroryzującym net swoim nieomylnym ja. Dojdziemy do sytuacji, kiedy to współpraca z blogerem będzie postrzegana jako ryzykowna i wcześniej czy później hejtogenna.
Oczywiście nie odcinam się od faktu, że prowadzenie bloga może i z czasem powinno generować zyski – sam zarabiam na blogu – w sposób bezpośredni (PiktoReklama) oraz pośredni (blog jako reklama SikoraStudio.pl). Jestem zadowolony, że pasje i przelewy idą w parze. Nie mniej nie uważam, że blog to miejsce na oczernianie innych podmiotów tylko dlatego, że nie dały mi czegoś za free. Takie manewry nie budują szeroko akceptowalnego i skutecznego porozumienia na lini biznes blogosfera.
