
02.07 / Poranek, obóz czas zwinąć i ruszać po przygodę, a my jeszcze nieco rozmemłani – 5 osób w każdym busie a do tego bagaż. Musimy się zorganizować, z czasem będzie szło coraz sprawniej.
REKLAMA
Już paszporty w ręku, niby wszystko przygotowane ale jednak dopadł nas mały przedgraniczny stresik. Przed szlabanem sznureczek samochodów, stali bywalcy radzą nam uzbroić się w cierpliwość. Mieli rację, spokojnie zdążylibyśmy ugotować obiad :P
Panowie i panie w mundurach zadają nam sto pytań: „Ka gda jedziecie? A pa czemu?” Jako pierwszorazowych gości kierują nas na „czerwony pas”a tam czeka na naszych „wadzicieli” mnóstwo małych baraków. Siedzimy w skwarze słonecznym i patrzymy jak Klod i Slaw biegaja z dokumentami, odsyłani od jednego do drugiego budyneczku, a potem znów do pierwszego otrzymując wciąż sprzeczne informacje, wyłącznie po ukraińsku i co jakiś czas przybiegają po kilkanaście hrywien. Walka z urzędnikami na granicy, iście jak z „Zamku” Kawki, wydawała się nie mieć końca. Jedyne co poszło sprawnie to uzupełnienie formularza celnego a to dzięki miłemu Ukraińcowi, który pokazał nam też na mapie najlepsze drogi w swoim kraju.
Przekroczyliśmy. Inny świat. Tak jakby równoległy ale przesunięty w czasie w stosunku do Polski około 20 lat – wstecz.
Ludzie przemili. Ogorzały pan w obcisłych szortach objaśnia nam na poboczu drogę na Lwów. „Odłóżcie tą mapę – mówi. – Wyłączcie GPSa, oszukują was. Zawróćcie koniecznie. Tu kawałek asfaltu a dalej już nic. Obdarowany pamiątkowym busikiem (patrz zdjęcie) z uśmiechem od ucha do ucha życzy sobie causa od jednej z dziewczyn. Zakupy w przydrożnym sklepiku. Klimat głębokiego PRLu. Kasa fiskalna? Zapomnijcie. Zamiast tego sprzedawczyni sprawnie obsługuje liczydło, no wiecie takie ręczne, na przesuwane koraliki. Pani na przystanku zapytana o kąpielisko tłumaczy żeby szukać w kolejnej miejscowości, bo tu tylko „żaby i błoto”. Rozumiemy ich, a oni nas, mniej wiecej ;) W końcu trafiliśmy nad wodę prowadzeni przez panią na motorze. Parkujemy. A tu ZONK. Awaria busa. Klodobusa...Jemy obiad i idziemy się kąpać pod natryski...woda w rzece zbyt brudna.
Panowie i panie w mundurach zadają nam sto pytań: „Ka gda jedziecie? A pa czemu?” Jako pierwszorazowych gości kierują nas na „czerwony pas”a tam czeka na naszych „wadzicieli” mnóstwo małych baraków. Siedzimy w skwarze słonecznym i patrzymy jak Klod i Slaw biegaja z dokumentami, odsyłani od jednego do drugiego budyneczku, a potem znów do pierwszego otrzymując wciąż sprzeczne informacje, wyłącznie po ukraińsku i co jakiś czas przybiegają po kilkanaście hrywien. Walka z urzędnikami na granicy, iście jak z „Zamku” Kawki, wydawała się nie mieć końca. Jedyne co poszło sprawnie to uzupełnienie formularza celnego a to dzięki miłemu Ukraińcowi, który pokazał nam też na mapie najlepsze drogi w swoim kraju.
Przekroczyliśmy. Inny świat. Tak jakby równoległy ale przesunięty w czasie w stosunku do Polski około 20 lat – wstecz.
Ludzie przemili. Ogorzały pan w obcisłych szortach objaśnia nam na poboczu drogę na Lwów. „Odłóżcie tą mapę – mówi. – Wyłączcie GPSa, oszukują was. Zawróćcie koniecznie. Tu kawałek asfaltu a dalej już nic. Obdarowany pamiątkowym busikiem (patrz zdjęcie) z uśmiechem od ucha do ucha życzy sobie causa od jednej z dziewczyn. Zakupy w przydrożnym sklepiku. Klimat głębokiego PRLu. Kasa fiskalna? Zapomnijcie. Zamiast tego sprzedawczyni sprawnie obsługuje liczydło, no wiecie takie ręczne, na przesuwane koraliki. Pani na przystanku zapytana o kąpielisko tłumaczy żeby szukać w kolejnej miejscowości, bo tu tylko „żaby i błoto”. Rozumiemy ich, a oni nas, mniej wiecej ;) W końcu trafiliśmy nad wodę prowadzeni przez panią na motorze. Parkujemy. A tu ZONK. Awaria busa. Klodobusa...Jemy obiad i idziemy się kąpać pod natryski...woda w rzece zbyt brudna.
