07.07 / Dobrze jest zacząć dzień od kąpieli w morzu. Żal nam opuszczać tak cudne miejsce ale na pewno znajdziemy wiele innych jeszcze piękniejszych. Po raz kolejny zmywamy z siebie pył, odmaczamy stopy i buty z gliny po czym ruszamy w dalszą drogę. Chyba pierwszy raz podczas naszej podróży możemy powiedzieć, że krajobrazy zapierają dech w piersiach. Wcześniej pędziliśmy głównymi drogami a za oknami migały pola, stepy, czasem miasta – teren raczej płaski i nieciekawy.

REKLAMA
Teraz busiki to pną się to opadają na wzgórzach południowego wybrzeża Krymu. Ciągła jazda po serpentynach sprawia, że zamiast rozkoszować się widokami klifów, skał i błyszczącej w dole wody większość z nas najpierw blednie, potem zielenieje a następnie postanawia przespać te turbulencje. Docieramy do Jałty – jednej z turystycznych miejscowości Krymu. W tym przyjaznym kurorcie spacerujemy po nadmorskim deptaku zajadając się tutejszym specjałami – świeżo smażonymi naleśnikami z mięsem i grzybami lub z warzywami. W Jałcie trafiamy akurat na pochód Hare Kryszna przed pomnikiem Lenina. Gdy wracamy na trasę, słońce w otoczeniu różowych chmur majestatycznie zatapia się w wodach Morza Czarnego. Nie zdążyliśmy wypatrzeć miejsca na nocleg w gasnącym blasku zachodu. Po zmroku znajdujemy tylko położoną nad jeziorem polankę. Czujemy się nieswojo z powodu bliskości płotu z kolczastego drutu opatrzonego tablicą z niezidentyfikowanymi bukwami. Wygląda trochę jak teren wojskowy. Zza płotu dociera do nas niemrawe żółte światło lampy sodowej. Klimat naprawdę mroczny. Stoimy chwilę na zewnątrz czekając aż komary w busach wyzdychają pod wpływem rozpylonej w powietrzu cypermetryny a tu nagle światło skierowane prosto na nas rozżarza się znacznie mocniej, czujemy się dziwnie, jak obserwowani… Potem jednak lampa gaśnie zupełnie, chyba po prostu się właśnie przepaliła. Lepiej idźmy już spać.