10.07 / Żegnamy się z Arabatką, ale nie do końca – zabieramy ze sobą wspomnienia. Przed nami Kercz – niewielka miejscowość na najdalej wysuniętej na wschód części półwyspu krymskiego. Aby dostać się z Ukrainy do Rosji wystarczy pokonać promem kilku kilometrową cieśninę łączącą Morze Azowskie i Morze Czarne, czyli z portu w Kerczu do portu Caubcasus. Zanim jednak wsiądziemy na prom krótka wizyta w warsztacie samochodowym. Niestety na sprzęgło, którego potrzebujemy musielibyśmy czekać kilka dni, więc panowie narawiają nam tylko poduszki amortyzatora.

REKLAMA
Przed promem dość długi sznureczek samochodów. Postanawiamy zagotować wodę na zupki chińskie, niestety na raty – z przerwami na przemieszczenie samochodu, gdy kolejka rusza się do przodu. Prom jest tu jednocześnie granicą państw procedura jest bardziej skomplikowana – próbujemy się czegoś dowiedzieć od pani w okienku ale każe czekać, więc zaopatrujemy się w kantorze w tyle hrywien ile powinno wystarczyć według jej relacji. W końcu jeden z celników rozdaje kierowcom żółte karteczki z jakimiś bukwami. Z tą kartką idziemy za tłumem czyli do kasy nr 1. Tam okazuje się, że na busy jako na miniwany potrzebujemy dużo droższych biletów. Pani gdzieś dzwoni, dowiaduje się – jednak mniej niż mówiła ale i tak nie starczy tego co mamy. Znów kantor w okienku obok, paszporty, dokumenty – w końcu mamy bilety. Do kontroli granicznej podchodzimy tym razem zupełnie na luzie. Celnik zagląda do busa a tam na środku miska z zupką chińską, my siedzimy jak zwykle gdzie popadnie a z dachu zwisa suszące się pranie. Za bramkami w bezpośredniej kolejce do promu spotykamy Mikołaja – Rosjanin, mistrz kuchni z czarnym pasem, właśnie wracający z wakacji w Jałcie wypytuje o naszą podróż i prawi morały o prawdziwej przyjaźni. Na rozmowach z Mikołajem i podziwianiu pięknych widoków brzegów cieśniny w świetle zachodzącego słońca minął nam ok. 30 min. rejs. Po rosyjskiej stronie kolejne papiery do wypełnienia, kilkadziesiąt rubli do uiszczenia a poza tym atmosfera niezwykle przyjazna. Celnicy po kilka razy cierpliwie tłumaczą nam jak wypełnić „kartoszki”. Brak wspólnego języka zastępujemy uśmiechami – po chwili całe pomieszczenie odprawy pasażerów wypełnia się śmiechem, naszym i celników. Przy busikach z kolei kręci się piesek, obwąchuje wszystkie kąty. Celnik pyta czy przewozimy alkohol. -Nie, skąd. - A co tam jest? – To lodówka, proszę, już otwieram. Wytoczyły się butelki ukraińskiego piwa. Śmiech. – A co to jest? – pyta znów celnik wskazując na kibelek. – To toaleta turystyczna. Też otworzyć? – Nie nie! Nie trzeba. Śmiechem reagują też nie wiedzieć czemu na nasze oświadczenie zgodne z wpisami w wizach, że jedziemy do Moskwy. Czyżby domyślali się, że ta wersja jest jedynie oficjalna?
Granica za nami ale przed nami kolejna misja – znaleźć nocleg po ciemku. Pierwsze 10 min w Rosji a my już przeżyliśmy więcej stresu niż przez całą Ukrainę. Paliwo się kończy, bo przecież w Rosji tańsza ropka więc wjechaliśmy do tego kraju prawie na pusto. . Dolaliśmy właśnie ostatnie zapasy z baniaków a w okolicy ani kawałka stacji benzynowej. Asfalt się kończy, błoto wydaje się nieprzejezdne, jest północ według lokalnego czasu. Lepiej zostańmy tu na noc, co prawda stoimy na jakiejś polno – leśnej szutruwie ale kto y tu jeździł w środku nocy. Tylko zdążyliśmy rozłożyć namioty dachowe, słyszymy podejrzanie wysoki świst silnika – podjeżdża mały Kamaz i ze środka wysiadają młodzi kolesie z browarami. Śmieją się. Po chwili spod maski z napisem „Show girls” wydobywają się kłęby dymu. Otwierają maskę, dolewają odrobinę wody do wysuszonej chłodnicy. – To normalne. – mówią ze śmiechem. Próbują z nas wyciągnąć dlaczego stoimy tak na środku drogi. – Czy coś się zepsuło? – pytają. Komunikacja naszym łamanym rosyjskim okazuje się znacznie trudniejsza niż na Ukrainie. Po chwili z naprzeciwka podjeżdża drugi samochód. Teraz już z obu stron jesteśmy zastawieni i tarasujemy przejazd na tej wąskiej drodze. W końcu kazali nam jechać za sobą, wyprowadzili z bezdroży pod ogromną oświetloną cerkiew. To raczej nie najlepsze miejsce na nocleg. W końcu, nie chcąc zupełnie wysuszyć baków, stajemy gdzieś na skraju ciemnej, lecz przynajmniej asfaltowej drogi. Zbieramy się w kimę biorąc jeszcze przed snem nasz turystyczny prysznic na poboczu i popijając nalewkę na dobry sen.