18.07 / Dzień zaczyna się w małej zatoczce w centrum miasta. Znów gorąco, słońce budzi nas i wygania z busów, pot się z nas leje ale nie jest źle – na pobliskiej stacji benzynowej jest toaleta a w niej zlew z bieżącą wodą oraz kibelek z najprawdziwszą muszlą klozetową. Między busami stolik a na nim burżujskie śniadanie – chleb z konserwą urozmaicony dziś pomidorem i cebulą. Mniam.

REKLAMA
Wtem podjeżdża dżip z napisem „kaukaski portal” . Polacy! Wysiada Kuba, który prowadzi polski hostel. Okazuje się, że Ania i Gaćka mailowały z nim w sprawie ewentualnego noclegu w Tblisi. Kuba zaprasza na wieczór do hostelu, super! Obiecujemy wpaść koło 20.
Dzień schodzi nam na wizycie na gwarnym i barwnym bazarze, gdzie można dostać dosłownie wszystko a raczej podróbki wszystkiego. Resztę dnia spędzamy nad jeziorem – grillujemy, opalamy się, pływamy – niektórzy aż na drugą stronę jeziora i z powrotem. Oczywiście jak na zawołanie pojawiają się przy nas Gruzini częstując piwem i zagadując dziewczyny. Standardowo rozmowa zaczyna się: - Jak się nazywasz? – Ile masz lat? Po czym zaraz pada: - Czy masz męża?
Wieczorem kupujemy wino i udajemy się w gościnę do rodaków. W ciemnej uliczce powiewa biało – czerwonaflaga. Od progu witają nas uśmiechy. Kuba i Łukasz polewają wino z dzbana, rozmawiamy i oglądamy filmy z naszych podróży. W między czasie wchodzą inni podróżnicy, niektórych Jerry rozpoznaje ze szlaków górskich w Kazbegi. Widać Polacy znajdą się wszędzie. Nasi gospodarze ujmują nas za serce zapraszając do stołu i częstując przepysznym domowym jedzeniem. Zaraz po tym pada sygnał na wyjście – idziemy na koncert. Wieczorne uliczki tętnią życiem – wchodzimy w jedna z nich skąd dobywa się muzyka grana na żywo. Gitarzysta wychyla się z pubu i macha do nas zapraszająco. Siadamy ogromną grupą z piwkiem na chodniku, ale tu jest to jak najbardziej w porządku. Klimat jest niesamowity. Młody Gruzin tuż obok nas siedzi na chodniku z gitarą – gra m.in. polskie piosenki, mówi trochę po polsku, był kiedyś w Krakowie. Wchodzimy w końcu na koncert w małym pubie. Zespół przelewa w publiczność ogromne ilości żywej energii. Tańczymy, jest cudownie. Szaleństwo. Znów ojczysty język – krzyczymy wraz z wokalistą „ Nie płacz Ewka”. Po jednym koncercie czas na kolejny – w Irish pubie vi za vi. Energetyczny rock porywa nas do tańca, zaraz potem przyłączają się pozostali. Przebrzmiewają ostatnie dźwięki występu, wychodzimy na gwarną ulicę. Są tu wszyscy – Polacy w hostelu, którzy przyszli tu z nami, tutejsi Gruzini, którzy wylegli z pubu, członkowie zespołu i my, Eurotripowicze. Mieszają się ze sobą języki: gruziński, rosyjski, polski i angielski. Każdy mówi jak umie a mówią i śmieją się wszyscy. W nocne niebo na Tblisi wnikają okrzyki toastów, dźwięki polskich i gruzińskich pieśni. Atmosfera radości i uniesienia pochłania nas do reszty.
Nagle akcja – Kuba mówi, że wszyscy wsiadamy do samochodu, łącznie 15 osób. Dziewczyny na kolana do chłopaków, cudem zamykamy drzwi w niedużym dżipie ale w ściśniętych płucach zostało jeszcze wystarczająco dużo powietrza żeby śpiewać całą drogę. Cała nasza gromada wysiada pod knajpą. Łączymy stoły i siadamy na zewnątrz. Po prostu nie wierzymy, że to wszystko się dzieje. Jeszcze oczarowani muzycznym klimatem poprzedniego miejsca nagle znajdujemy się na swojskiej biesiadzie. Jemy pierożki Khinkhali rękoma, jak każe zwyczaj, najpierw nagryzając i wysysając bulion ze środka a następnie zjadając mięsny farsz z ciastem i pozostawiając na talerzu małą końcówkę. Nic na świecie nie może smakować lepiej niż Khinkhali popite zimnym piwkiem. Kuba wznosi piękne toasty, Łukasz opowiada jak zakochał się w Gruzji a my czujemy jak wsiąkamy w tą ziemię i sposób bycia tych ludzi – bezpośredni, wspaniały i tak inny od naszego. Wiemy już, że kiedyś musimy tu wrócić.
Znów konkretny sygnał – wstajemy od stołu i idziemy gdzieś za naszymi przewodnikami. Przed nami pojawiają się budowle z cegły o kształcie kopuł – widzieliśmy je podczas ostatniego zwiedzania. Nim zdążyliśmy uświadomić, że jesteśmy w łaźniach, każde z nas otrzymało białe prześcieradło z poleceniem owiązania go na nagim ciele. W białych togach wchodzimy do wykafelkowanego pomieszczenia z małym basenem. Wilgotne gorące powietrze śmierdzi zepsutym jajkiem. Nie trudno się domyślić, że czeka nas gorąca kąpiel siarkowa. Woda wydaje się parzyć ciało ale jednocześnie niesamowicie relaksuje. Siedzimy tak czerwoni w parującym basenie i nie mamy siły się ruszyć. Za chwilę orzeźwiający zimny prysznic i znów można wrócić do kąpieli. Dostępna jest też sauna o temperaturze ścinającej białko oka ale to jeszcze nie wszystko. Na koniec przyszedł do nas pan masażysta z wiadrem piany i bardzo szorstką gąbką. Większość z nas uznała ten masaż tudzież peeling całego ciała za przyjemny, choć niektórzy za zbyt brutalny. Po wszystkim siadamy przy stoliku przed łaźniami i jesteśmy tak rozgrzani, że ciepłe wieczorne powietrze wydaje się chłodne. Jest już środek nocy, chyba po 4.00. Pan z łaźni częstuje nas czajem potem też koniakiem, namawia do picia – tak po prostu chce nas ugościć. Gdy z nieba zaczynają spadać ogromne krople deszczu zaprasza nas do swojej kanciapy, a sam jedzie po kolejną butlę alkoholu. Towarzystwo powoli odpada – po całym męczącym dniu i rozgrzewającej kąpieli zasypiamy po kolei na siedząco. Pan śmieje się, że z nas „rybiateria” (dzieciarnia) i że mlekiem nas powinien częstować a nie koniakiem. Ciężko jest wymówić się od kolejnych kieliszków, ale na nas już naprawdę czas. Słońce już wstało, idziemy przez miasto w deszczu po kałużach. Nadal nie wierzymy, że to wszystko się zdarzyło. Taka noc w Gruzji już pewnie nigdy się nie powtórzy.