Poranek w przyjaznym miejscu – na terenie jakiegoś pensjonatu, którego właściciel pozwolił nam zanocować, gdy szukaliśmy noclegu po ciemku. Za płotem czujemy się bezpiecznie i emocje poprzedniego wieczoru powoli z nas schodzą.

REKLAMA
Ruszamy w stronę Baku a naszym celem na dziś są położone nieopodal miasta błotne wulkany – oby nie okazały się one takim samym niewypałem jak wczorajsze wodospady. Krajobraz jest niesamowity – dziś widzimy Azerbejdżan taki jaki sobie wyobrażaliśmy – jak okiem sięgnąć wokół rozciąga się półpustynia. Spękana piaszczysta gleba jest porośnięta gdzieniegdzie kępkami sukulentów a miejscami, tam gdzie teren jest bardziej płaski, widoczne są połacie zaoranej ziemi. Temperatura powietrza dochodzi do 40 st C, lecz podczas szybkiej jazdy chłodzi nas przynajmniej pęd powietrza, dlatego tak bardzo chcielibyśmy uniknąć skwaru panującego w mieście. Niestety drogi omijające stolicę okazały się w takim stanie, że busik mógłby nie podołać zadaniu. Jesteśmy zmuszeni do przebicia się przez zatłoczone, zupełnie nie oznakowane centrum Baku. Mieszkańcy nie są dla nas pomocą – zapytani o drogę kłócą się między sobą podając sprzeczne wersje. Ruch uliczny jest jeszcze bardziej nieuporządkowany niż w Tblisi, choć tu znacznie rzadziej używa się klaksonów. Cudem wydostajemy się na przedmieścia mijając mnóstwo małych pomp pracujących przy wydobyciu ropy. Zapach ropy unoszący się w rozgrzanym powietrzu towarzyszy nam cały czas. Infrastruktura turystyczna jest tu zupełnie nie rozwinięta. Do błotnych wulkanów opisywanych w przewodniku jako główna atrakcja turystyczna Azerbejdżanu i unikat na skalę światową, docieramy po długich poszukiwaniach dzięki policjantowi, który poświęca swój czas na służbie wsiadając z nami do busa po czym wskazuje krętą drogę przez półpustynię. Oprowadza nas po niesamowitym terenie przypominającym nieco krajobraz księżycowy. Co jakiś czas spod ziemi wydobywa się bulgoczący odgłos, po czym z szarego błota podnosi się bańka, która po chwili pęka rozbryzgując maź wokół. Wulkany rosną raz z nawarstwianiem się wyrzuconego przez nie błota, które zasycha tworząc twardą skorupę Najwyższy czyli też najstarszy wznosi się na kilka metrów. Z policjantem rozmawiamy po rosyjsku, co jak zawsze wychodzi nam kulawo, jednak w drodze powrotnej podjeżdża do nas inny samochód, do którego policjant przesiada się a na jego miejsce wskakuje pan mówiący komunikatywnym angielskim. Okazuje się, że języka nauczył się sam a pracuje w pobliskim parku narodowym i chętnie nas po nim oprowadzi choć oficjalnie już zamknięte. W ten sposób niespodziewanie przenosimy się od podziwiania cudów przyrody do wytworów prehistorycznych cywilizacji. Rezerwat obejmuje ponad 6 tys. rysunków naskalnych, z których najstarsze powstały 40 tys. lat p.n.e. i przetrwały do dziś w niezmienionej formie. Dowiadujemy się jak ludzie pierwotni drążyli w skałach dziury do przechowywania deszczówki i jak wykorzystywali je podczas polowań na zwierzęta. Dowiadujemy się też, że Azerbejdżan oznacza „miejsce ognia”. Tymczasem słońce chyli się ku zachodowi, nasz przewodnik wskazuje nam drogę na plażę, gdzie spędzamy noc. Brzeg morza Kaspijskiego, za nami jasna łuna miasta, w oddali dwa płomienie unoszące się z kominów rafineryjnych, a przed nami nie ma już nic – jesteśmy na końcu świata.