26.07 / Kto wcześnie wstał i kręcił się po okolicy mógł być świadkiem tradycyjnego w tych stronach zabijania zwierząt. Na zapleczu sklepu baran zginął przez rytualne wykrwawienie. Poza tymi miejscowymi klimatami poranek minął na szybkim pakowaniu a dzień w drodze. Oczywiście jak zwykle nie obyło się bez przygody, ale wiecie już, że Eurotrip nie potrafi spokojnie jechać przez świat. Co tym razem?
REKLAMA
Poz raz kolejny akcja z policją. Który to już raz? Już trzeci raz w Azerbejdżanie, choć o jednej, tej w górach, nie pisaliśmy wam jeszcze na blogu, gdyż tymczasowo (do wyjazdu z Azerbejdżanu) za temat tabu więc potrzymamy was jeszcze chwilę w napięciu. Teraz jedziemy spokojnie w stronę granicy i nagle widzimy rękę wymachującą czerwoną pałką nakazującą zatrzymanie. Umundurowany właściciel pałki tłumaczy nam długo, że przekroczyliśmy prędkość i nie zapieliśmy pasów a my jemu, że my nie paniemaju. Jednak nie możemy wiecznie robić z siebie głupków gdy wskazuje na licznik i pokazuje wszystko wyraziście na migi. Policjant pisze palcem na szybie, że chce 200 $ a my mu pokazujemy pusty portfel i kartę visa. W końcu puszcza nas mając już widocznie dość turystów z Polski uparcie domagających się jakiegokolwiek oficjalnego mandatu. Ok, uniknęliśmy płacenia łapówki ale nie udaje się pokonać wielu km gdy znów zatrzymuje nas radiowóz. Tym razem, zapewne po porozumieniu z poprzednim patrolem gadka była zupełnie inna. „Dzień dobry, jestem przedstawicielem władzy państwowej. Właśnie popełnił pan przestępstwo drogowe – przekroczył pan prędkość o 20 km/h co jest udokumentowane przez radar.” Domagamy się zdjęć, które w końcu otrzymujemy po ok 2o min. Teraz domagamy się potwierdzenia zapłaty żeby nie wynikła sytuacja, że za następnym zakrętem zatrzyma nas kolejny patrol pokazujący te same zdjęcia. Okazuje się, że taki dokument możliwy jest tylko na posterunku policji, więc musimy jechać za nimi. Po kilku km zjeżdżają na pobocze a nam pozwalają jechać dalej. Dobrze, niech wiedzą, że od Polaka nie tak łatwo wyciągnąć pieniądze. Dalsza droga już bez przygód aż do samej granicy. Tyl ich ostatnio przekraczamy, że przy okienkach celnych czujemy się tak samo zwyczajnie jak przy kasie w supermarkecie. Szczególnie, gdy przejście wygląda tak cywilizowanie jak tu – po gruzińskiej stronie klimatyzacja i inne bajery. Jednak nie jesteśmy tak do końca wyluzowani. Nie ma co ukrywać, trochę nabroiliśmy w Azerbejdżanie – nasze tablice rejestracyjne i numery paszportów zostały spisane przez policję i nie tylko. Pomimo to bez problemu przedostajemy się do Gruzji i czujemy się w tym przyjaznym kraju jak w domu. Teraz możemy spokojnie opowiedzieć wam co stało się kilka dni temu w górach. Było to 21-go lipca, czyli dzień po wjeździe do Azerbejdżanu. Podążamy za wskazówkami mieszkańców aby dotrzeć do wysokich wodospadów (najwyższy – 50 m) opisanych w przewodniku. Zbaczamy z głównej drogi – jedziemy przez piękną zieloną okolicę wzdłuż strumienia, z tym, że rzeka płynie sobie spokojnie w dole a my wspinamy się wciąż wyżej i wyżej. Droga staje się kamienista, wokół wyrastają wiejskie zabudowania, uśmiechnięci ludzie pozdrawiają nas, dzieci machają, krowy tarasują drogę a krajobrazy urzekają. Zabudowania wioskowe się kończą a droga nadal ciężka. Chwila zawahania – czy busiki dadzą radę wspiąć się jeszcze wyżej? Decydujemy się jechać dalej. Jest pięknie i swojsko dlatego pewnie rozumiecie nasze zaskoczenie gdy nagle wybiega nam naprzeciw dwóch młodych żołnierzy z karabinami przewieszonymi przez ramię. Tłumaczą nam coś po azersku, po rosyjsku nie mówią. Pierwszy stres minął gdy zobaczyliśmy ich u8spokajające uśmiechy. Jeden z nich widząc nasze przestraszone twarze wrzuca nam do busa snikersa, co jest gestem skutecznie rozładowującym napięcie. Widzimy teraz, że są przyjaźnie nastawieni i że po prostu muszą wykonywać swoje służbowe obowiązki. Jakiś pan wracający do wioski z kosą tłumaczy nam na rosyjski ich słowa. Jest to strefa przygraniczna i nie możemy jechać dalej bez pozwolenia dlatego młodzi żołnierze kontaktują się z przełożonymi. Nie chcąc problemów dla siebie i dla nich mówimy, że wrócimy tą drogą, którą przyjechaliśmy. Już wsiadamy do busów żegnając się i planując zawrócić gdy drogę zastawia nam biała łada a z niej wysiada dwóch mężczyzn, z których jeden pokazuje legitymację policyjną. Bardzo natarczywie pyta kim jesteśmy i co tu robimy, tłumaczymy jak umiemy najlepiej, że jesteśmy turystami z Polski, co zresztą widać, że chcieliśmy zobaczyć wodospady ale jeśli to niemożliwe to wracamy i jedziemy do Baku, nie chcemy żadnych problemów. Chce widzieć paszporty. Młodzi mówią do niego Komandor, co nas niepokoi, bo to znaczy, że ma jakąś władzę nad nimi a jest nastawiony do nas ewidentnie bardzo wrogo. Ma pretensje, że nie rozumiemy dobrze po rosyjsku, wciąż powtarza jedno słowo, którego nie znamy zamiast spróbować nam wyjaśnić o co mu właściwie chodzi. Staje się coraz bardziej nerwowy. Nasze zaniepokojenie wzrasta, gdy orientujemy się, że mężczyzna jest nietrzeźwy a gdy okazuje się, że nie chce nam zwrócić paszportów jesteśmy na granicy paniki. Do stadium paniki jednak nie dochodzi, gdyż nadjeżdża wóz wojskowy a z niego wysiadają starsi stopniem mundurowi wezwani przez młodych. Teraz jesteśmy spokojniejsi widząc, że wojsko rozumie naszą sytuację – zagranicznych turystów, którzy nieumyślnie naruszyli panujące tu zasady. Mimo to jesteśmy jak pionki w grze, której zupełnie nie rozumiemy i nie jest to komfortowa sytuacja. Droga powrotna zastawiona, nasze paszporty w ręku niepoczytalnego policjanta. Właściwie nie możemy zrobić nic poza bierną obserwacją toczących się wokół nas wydarzeń. Policjant zachowuje się agresywnie, krzyczy coś głośno do żołnierzy, oni z kolei są spokojni i pewni siebie. Po długich dyskusjach paszporty wracają do nas, żołnierz prosi tylko żebyśmy spisami ich numery, biała łada usuwa się z drogi i w końcu możemy jechać, co wcale nie znaczy, że oddychamy już z ulgą. Widmo białej łady prześladuje nas, spodziewamy się jej za każdym zakrętem. Skąd możemy mieć pewność, że policjant nie zechce jechać za nami i czy nie ma broni ukrytej gdzieś po cywilnym ubraniem. Po kilku kilometrach znów zatrzymuje nas wojsko, m.in. dowódcy, których już znamy. Okazuje się, że jest tu jednostka a całe zamieszanie z nami wynikło prawdopodobnie z tego, że wartownicy nie zatrzymali nas w tym właśnie miejscu, choć taki był ich obowiązek. Teraz oficjalnie z tłumaczem „perfect russian” przepraszają za całe zajście każdego z osobna. Życzą nam szczęśliwej drogi. Mundurowych jest wokół mnóstwo – wygląda na to, że postawiliśmy na nogi całą jednostkę i , że po wszystkim wartownicy będą mieli niezłą zaprawę. My odrobinę spokojniejsi wracamy na główną drogę i choć już najwyższy czas na szukanie noclegu to jedziemy po ciemku – byle jak najdalej od białej łady.
No ale dość tych wspomnień, co prawda teraz spokojnie o tym wszystkim opowiadamy, bo właśnie powróciliśmy na przyjazne tereny Gruzji ale to nie koniec przygód na dziś. Wieczorową porą kierujemy się na nocleg do miejscowości Mineralne Wody – po drodze Klodobus traci sprzęgło. Jakoś docieramy na postój dzięki Łukaszowi, który stanął na wysokości zadania i poprowadził busa zmieniając biegi na słuch – było ciężko. Nocleg przy źródłach żelazowej wody z perspektywą jutrzejszej naprawy urwanego przewodu od sprzęgła.
No ale dość tych wspomnień, co prawda teraz spokojnie o tym wszystkim opowiadamy, bo właśnie powróciliśmy na przyjazne tereny Gruzji ale to nie koniec przygód na dziś. Wieczorową porą kierujemy się na nocleg do miejscowości Mineralne Wody – po drodze Klodobus traci sprzęgło. Jakoś docieramy na postój dzięki Łukaszowi, który stanął na wysokości zadania i poprowadził busa zmieniając biegi na słuch – było ciężko. Nocleg przy źródłach żelazowej wody z perspektywą jutrzejszej naprawy urwanego przewodu od sprzęgła.
