Batumi urzekało nocą, gdy morze sztucznych świateł uwidoczniało to co ładne i nowe. Ukryte w cieniu boczne uliczki z rozsypującymi się domami i zaniedbane zaułki widoczne są dopiero świetle dnia. Przed wyjazdem z Gruzji odwiedzamy jeszcze pocztę skąd wysyłamy jedyne dostępne pocztówki jeszcze z czasów ZSRR, nabywamy pamiątki m.in. pięknie zdobione dzbany z winem oraz, żeby busiki nie czuły się zapomniane – odwiedzamy kilka zakładów wulkanizacyjnych i sklepów z oponami samochodowymi.

REKLAMA
Niestety busiki nadal zostają bez zapasowych kapci. Ruszamy w stronę granicy tureckiej. Przed wjazdem do Turcji należy jeszcze zakupić visy za 20$ lub 15 Euro za osobę. Poza tym i standardowym okazaniem paszportów nic szczególnego się tu nie dzieje. Jedziemy tureckim wybrzeżem Morza Czarnego po drodze szerokiej i płaskiej jak stół mimo iż teren jest pełen wniesień – góry pokonuje się tu licznymi długimi tunelami wykutymi w twardej skale. W powietrzu unosi się zapach ryb – co i rusz mijamy zatoczki pełne kutrów rybackich. Miejscowości są tu gęsto upakowane. Właściwie tam gdzie kończy się jedna, jednocześnie zaczyna się też kolejna. Tak docieramy do większego miasta Trabzon. To tu Jerry postanawia oddzielić się od grupy, dlatego noc spędzamy na parkingu w miarę blisko centrum i dworca autokarowego. Turcy szybko dają nam poznać swoje charakterystyczne cechy narodowościowe – są kontaktowi, ekspresywni i sprytni a ich pojęcie granic strefy osobistej znacznie odbiega od naszej normy. Turek nie krępuje się w trakcie rozmowy wsadzić nos do twojego kubka żeby sprawdzić co egzotycznego pijesz, nie sprawia mu też problemu by w upalny dzień złapać cię, przypadkowego przechodnia – turystę, za rozgrzaną głowę i wciągnąć do pomieszczenia z klimatyzacją. Czytelne gesty są nam bardzo potrzebne, gdyż ich mowa brzmi bardzo obco a często nie znajdujemy żadnego wspólnego języka. Jedno trzeba im przyznać – kraj mają piękny.