Rano odwozimy Jerrego na dworzec autobusowy i żegnamy się, choć okazuje się, że jeszcze nie na dobre. Traf chciał, że busiki i autokar rejsowy do Istambułu zatrzymują się na tym samym postoju.

REKLAMA
Resztę dnia spędzamy jadąc drogą, początkowo dwupasmową, wygodną acz nudną ciągnącą się wzdłuż wybrzeża, później zbijając w głąb lądu – jednopasmową, bardzo krętą pnącą się w górę. Nie widzimy nic, właśnie wjechaliśmy w chmurę, jednak wiemy, że jedziemy jesteśmy coraz wyżej – mówi nam to ciśnienie w uszach i wyjący silnik bezlitośnie spalający ogromne dawki paliwa – co prawda jeszcze tańszego, gruzińskiego ale pustkę w baku niedługo trzeba będzie zapełnić tureckim, dwa razy droższym. Gdy mgła wokół nas się rozwiewa ukazuje nam się przecudna panorama. Zatrzymujemy się, żeby ją podziwiać i stwierdzamy, że jest zbyt pięknie żeby jechać dalej. Jesteśmy na wzniesieniu. Przed nami nad doliną zachodzi słońce oświetlając ostatnimi promieniami miasto położone poniżej. Gdy znika za horyzontem w oddali słychać wystrzał. Zaraz potem słyszymy donośne nawoływanie z meczetu na modlitwę. Normalnie modły trwałyby 15 min lecz od dziś przez wiele kolejnych dni muzułmanie będą się modlić przez godzinę po zachodzie słońca po czym zasiądą do stołów żeby najeść się na cały kolejny dzień głodówki puki jest ciemno i Allah nie widzi. Dziś bowiem pierwszy dzień Ramadamu czyli muzułmańskiego postu. Siedzimy przy ognisku roznieconego z poświęceniem – poświęcone zostało jedno drzewko ścięte siekierką i trochę skóry Sława obdartej przy zsuwaniu się ze skalnej skarpy. Wieczór urozmaica dwóch Turków, z których jeden po prostu rozbraja uśmiechem, próbami komunikacji po angielsku i jakby tego było mało na imię ma Burak. W tym pięknym miejscu brakue nam tylko gwiazd, które nie mają szansy się przebić ze swoim wątłym światłem przy jasnym ognisku, łunie miasta a przede wszystkim przy blasku księżyca, który jest dziś prawie w pełni.