Dziś docieramy do długo wyczekiwanej Kapadocji. Krajobrazu tego miejsca nawet nie będziemy starali się opisywać. To trzeba zobaczyć, a fotografie, czy nagrania filmowe są tylko nędzną namiastką. Nawarstwienia skał wulkanicznych powstałe miliony lat temu na drodze erupcji ulegały przez wieki stopniowej erozji za sprawą czynników atmosferycznych.
REKLAMA
Tak powstały fantastyczne kształty, które dodatkowo zmodyfikowała ludzka działalność. Teren jest tak olbrzymi, że zwiedzanie na piechotę zajęłoby mnóstwo czasu, dlatego dostępne są liczne inne formy poruszania się po Kapadocji. Można na przykład wznieść się w powietrze w balonie i podziwiać wszystko z lotu ptaka, jednak taka przygoda słono kosztuje. Można też pośmigać na skuterach. My wybieramy quady. Ow yeah! Będzie zabawa. Dosiadamy czterokołowych potworków po dwie osoby zmieniając się za kierownicą a że po wyjeździe Jerrego jesteśmy nie do pary, Gaćka daje radę sama. Na szutrowych drogach, piaszczystych i pełnych zakrętów, poskramiamy powoli nasze rumaki – po dwugodzinnej przejażdżce najśmielsi kierowcy driftują przy prędkości 50 km/h. Wspanialszej scenerii do tej przygody trudno sobie wyobrazić. Ukształtowanie terenu w Kapadocji wydaje się wręcz nierealne, jak w filmie science-fiction. Jednak nasz młody przewodnik chyba czuje o co chodzi. Zauważył, że jeszcze bardziej niż widokami jaramy się samą jazdą i zabiera nas na coraz bardziej hardkorowe trasy, gdzie musimy pokonywać prawie pionowe wjazdy i zjazdy. Jak to przy dobre zabawie czas mija nam zbyt szybko. Przewodnik zaprasza jeszcze na colę do swojego biura. Poleca nam inne atrakcje w Kapadocji. To za jego radą odwiedzamy podziemne miasto w małej miejscowości Mazi – podobno w przeciwieństwie do innych najmniej rozreklamowane, z darmowym zwiedzaniem a do tego najciekawsze. Niełatwo do niego trafić, gdyż nie ma żadnych drogowskazów. Dlaczego tak jest dowiemy się później. Tymczasem latarki w dłoń i idziemy w stronę skalnej groty, jeszcze w stanie surowym, chociaż wokół powstają jakieś zabudowania. Idziemy przez plac budowy, przyglądają nam się robotnicy. Zagaduje nas ogorzały maczo w kowbojskim kapeluszu. Chce nas oprowadzić. Początkowo bronimy się, przecież miało być bezpłatnie, pewnie znów ktoś chce nas naciągnąć, bo wyglądamy na turystów. Facet jest jednak na tyle przekonujący i zabawny, że dajemy się namówić. Nie żałujemy. Gość prowadzi nas przez labirynt podziemnych komnat i korytarzy, w które sami balibyśmy się zagłębić w obawie, że się zgubimy. Wciąż żartuje, robi nam kawały chowając się co i rusz za jakimś zaułkiem i wyskakując znienacka. Opowiada niestworzone historie o dżinach – duchach zamieszkujących jaskinię, a także ukrytych tu diamentach, które mężczyzna może zdobyć tylko, jeśli naprawdę kocha wybrankę swojego serca. Wystawia na taką próbę naszych chłopaków. W podziemnym mieście pomieszczenia rozlokowane są na różnych poziomach, dlatego nie wystarczy tu spacerować, trzeba też się wspinać. Służą do tego pionowe wąskie szyby, po których należy wchodzić w rozkroku stawiając stopy na bocznych ścianach z prowizorycznymi schodami, a raczej drabinkami. Na koniec znika Zuzia, a nasz przewodnik Ihsan mówi, że to nie jego sprawa i że mamy jej szukać sami. Łukasz staje na wysokości zadania i przeciska się przez najwęższe korytarze, gdzie musi się dosłownie czołgać. Oczywiście okazuje się, że Zuzia cała i zdrowa, choć też po niezłych przeprawach czai się za jakimś załomem skalnym za namową Ihsana. Po wszystkim mniej lub bardziej podrapani wydostajemy się na światło dzienne. Zamierzamy zapłacić panu za niesamowite zwiedzanie i udać się nad jezioro na nocleg. Jednak z jego strony pada propozycja grilla w jego ogrodzie. Przyjmujemy zaproszenie, szczególnie, że kusi nas wizją gorącego prysznica. Mieszka nieopodal. Co prawda warunki są spartańskie, ale klimat oczywiście niepowtarzalny. Prysznic okazuje się być dzbanem wody zagrzanej na ognisku, ulokowanym w pomieszczeniu sypialnym z naprędce usuniętymi z podłogi dywanami. Poczęstunek jest równie niezwykły. Ihsan jest kucharzem. Nie pozwala nam sobie pomóc w przygotowaniu posiłku, z resztą i tak jest to dla nas tak egzotyczne, że tylko patrzymy oczarowani jak przekraja wzdłuż udka kurczaka razem z kością, czy wkłada pomidory, bakłażany, cebulę i czosnek wprost do ogniska, gdzie o dziwo nie spalają się na węgiel. Kurczaki z przekrojonym szpikiem rzeczywiście mają lepszy smak, a z kolei ugotowane w żywym ogniu warzywa zostają przerobione na tradycyjną w Turcji potrawę (). Zjeżdżają się znajomi, przywożą lokalne piwo Efes, oraz rakię, czym częstuje szczególnie jeden z nich i to zwłaszcza Gaćkę, wykrzykując co i rusz „Allah, Allah”. Rakia ma anyżowy posmak, a podawana jest tu z dodatkiem zmrożonej wody, pod wpływem której zmienia kolor z przezroczystego na mlecznobiały. Późno w nocy, gdy większość biesiadników rozchodzi się spać, Ihsan otwiera się i opowiada o swoim życiu. Już wcześniej dziwiliśmy się, że wysokiej klasy kucharz, który gotował w Istambule dla … i mówiący płynnie po angielsku, mieszka na jakimś wygwizdowie w Kapadocji w rozpadającej się ruderze oprowadzając po podziemnym mieście nielicznych turystów którzy są w stanie tu trafić. Ihsan ma 42 lata, niejeden raz miał w życiu pieniądze, jednak to go nie kręci, woli wieść „gypsy life”. Dlatego wrócił z wielkiego świata do rodzinnej wioski. Tu każdy ma go za dziwaka, ma na bakier z policją i lokalnymi władzami, co utrudnia mu rozkręcenie interesu. Obecnie zajmuje się renowacją okolic podziemnego miasta w Mazi m.in. przystosowanie jaskiń do nietypowych noclegów turystycznych. Jeszcze później w nocy rozmowy zeszły na tematy mistyczne. Trudno nam oddać teraz niezwykłą atmosferę tej rozmowy. Było miejsce, był czas który już więcej się nie powtórzy.
