07.08 / Plan na dziś – Wielki Bazar w Istambule. Jak już wspominaliśmy w tym ogromnym i bogatym w historię mieście jest ogrom rzeczy do zobaczenia, jednak zwiedzenie choćby najbardziej znanych zabytków zajęło by zbyt dużo czasu. Coś trzeba wybrać a że wypada z tak długiej wyprawy przywieść jakieś pamiątki – udajemy się na słynny targ.
REKLAMA
W przewodniku turystycznym czytamy, że koniecznie trzeba się targować – jest to wręcz tradycja. Podobno ceny zależą też od wyglądu klienta, także stosujemy różne sztuczki by nie dać się wykiwać sprzedawcom jak przeciętni turyści z zachodniej Europy – w końcu bycie Polakiem do czegoś zobowiązuje. Targ zajmuje kilka hektarów. Wyobrażaliśmy go sobie trochę inaczej – jako kłębowisko ludzi i straganów pełnych miejscowego towaru, pachnących świeżymi owocami i przyprawami, hałaśliwych sprzedawców nawołujących we wszystkich językach świata, jednym słowem pełen folklor. Tymczasem targ powstał przez stopniowe zadaszanie uliczek handlowych i obecnie tworzy labirynt upakowany ciasno sklepikami, w większości wystawiającymi chińską tandetę, choć także unikatowy towar. Obkupieni w szisze i smakowy tytoń do nich, garnuszki do parzenia tureckiej kawy czy imbryki do zaparzania prawdziwego czaju itd. wracamy do busów. Targowanie się zajęło sporo czasu także wyjeżdżamy z miasta dość późno a przed nami jeszcze sporo drogi. Wieczorem przekraczamy granicę z Grecją. Turecki celnik zaskakuje kierowców – żegnając ich na wyjeździe z kraju zwraca się po imieniu, choć nawet nie wziął do ręki dokumentów – widać wystarczyły tablice rejestracyjne a resztę podpowiedziała baza danych w komputerze. Jak do tej pory jest to najsprawniej przekroczona granica na Eurotripie. W strefie międzypaństwowej nadrabiamy zaległości – smakujemy kupionej w sklepie bezcłowym baklawy – tradycyjnego tureckiego ciastka bardzo słodkiego i równie tłustego, o którym zapomnieliśmy wcześniej. Do tego bierzemy najbardziej luksusowy prysznic na całym wyjeździe, bez dotychczasowego ograniczenia wody w prysznicu turystycznym (pół baniaka, czyi 5l na osobę). O darmowym natrysku na granicy informuje nas strażnik. Czyżby widać było po nas jak bardzo tego potrzebujemy? Dziś jeszcze zamierzamy dotrzeć do Saloników, sporo km przed nami, noc zapada a paliwo w baku się kończy. Zazwyczaj tankowanie w nocy to żaden problem, okazuje się, że nie w Grecji. Mamy wrażenie, że w tym kraju panuje permanentna siesta. Koło godz. 22 mijamy kilka zamkniętych stacji benzynowych. Przy którejś z kolei dopytujemy się biesiadujących w knajpkach naprzeciw Greków, którzy wskazują drogę do stacji samoobsługowej. Z takim podejściem nic dziwnego, że ten kraj boryka się z kryzysem. Gdy docieramy do Saloników jest 3 w nocy – miasto jeszcze tętni życiem, choć powoli pustoszeje. Zatrzymujemy się w pobliżu centrum. Kto ma jeszcze siłę, bo wyspał się w drodze spaceruje po bulwarze. Budynki wokół są monumentalne, choć nowoczesne, z motywami typowo greckimi. Ludzie też charakterystyczni - rysy twarzy i budowa ciała coś nam przypominają… czyżby naprawdę antyczne pomniki mitycznych herosów?
