Maria Pawłowska
Maria Pawłowska Edukatorka seksualna Grupy Ponton

Stereotypy na temat męskości i marna edukacja seksualna mają duży wpływ na to czy i jak Polacy dbają o swoje zdrowie. O raporcie "Zdrowie - męska sprawa" pisze edukatorka pontonu Maria Pawłowska.

REKLAMA
W ubiegłym tygodniu miała miejsce premiera raportu Siemens “Zdrowie - Męska sprawa”. Opracowanie, użyta metodologia i jego wnioski są bardzo ciekawe. Co szczególnie cieszy, słowo “gender” pada w raporcie dość gęsto i autorzy i autorki mogą się pochwalić wyczuleniem na społeczno-kulturowe aspekty medycyny. Przecież lekarze nie powinni tylko leczyć chorób, lecz także zajmować się całym człowiekiem nie sprowadzając ją/jego do źle funkcjonującego organu.
Niestety, podstawowe wnioski raportu są dość przygnębiające. Mężczyźni żyją w Polsce średnio 8,5 roku krócej od kobiet, rzadko chodzą do lekarzy, a jak już do nich dotrą, to zazwyczaj w kiepskim stanie. Ich hospitalizacja kosztuje średnio o 1/3 drożej, a wśród osób między 20 a 34 rokiem życia mężczyźni mają 4 razy wyższą śmiertelność.
Zdrowie mężczyzn - odpowiedzialność kobiet?
Co ciekawe, raport pokazuje, że zarówno mężczyźni jak i kobiety obarczają kobiety odpowiedzialnością za męskie zdrowie. Wedle lekarzy, pacjentów i reklam środków na serce, to kobiety muszą “przywlekać” swoich partnerów do lekarza i dbać, żeby potem brali przepisane leki. Dodatkowo, prawie 30% mężczyzn polega na swoich partnerkach życiowych jako podstawowym źródle wiedzy o zdrowiu.
Niestety, autorzy i autorki raportu nie poświęcili ani zdania mężczyznom, którzy nie chcą mieć partnerek, i są narażeni na stygmatyzację w społeczeństwie i w służbie zdrowia – to jest mężczyznom, którzy mają inną orientację seksualną niż heteroseksualna. Szczególnie w kontekście ogromnego wpływu kobiet na zdrowie mężczyzn, przeoczenie to razi. Jednakże raport, jest niewątpliwe krokiem w odpowiednią stronę i pokazuje jak złożoną kwestią jest zdrowie, które bynajmniej nie sprowadza się tylko do braku choroby.

"Twardy" facet nie choruje
Wedle raportu mężczyźni unikają lekarza, bo nie chcą być postrzegani jako słabi bądź chorowici. Wywiady przeprowadzone w ramach badań do raportu, wskazują wręcz, że mężczyźni nie tolerują chorych mężczyzn, bo postrzegają ich jako “niemęskich”. A jeśli lekarz chorobę zdiagnozuje, to robią wszystko co mogą, żeby ją ukryć albo bagatelizować. Powód jest prosty. “Prawdziwi mężczyźni są twardzi”, ergo - nie chorują, nie łykają proszków, nie chodzą na badania i broń Boże nie pozwalają, żeby ktoś przez odbyt badał, czy mają zdrową prostatę. Te same stereotypy płciowe wedle których kobieta jest opiekunką ogniska domowego, czynią z mężczyzn “głowę rodziny” i osobę odpowiedzialną za jej utrzymanie. Jak mężczyzna może sobie pozwolić na chorobę, która przecież jest objawem słabości, kiedy to on musi dbać o rodzinę i na nią zarabiać? Jak może się przyznać lekarzowi, że coś go boli, jak miałby powiedzieć to kumplom?
Problemy wywołane przez stereotypy płciowe idą jeszcze głębiej. Raport pokazuje, że mężczyźni mają problemy z komunikacją z lekarzami i postrzegają kobiety jak te, które “z natury” są bardziej komunikatywne i otwarte w sprawach zdrowia. To stwierdzenie oczywiście może być prawdą, ale nie ma nic wspólnego z naturą. Nie ma genu na chromosomie Y, który sprawia, że mężczyźni mają biologicznie determinowaną niemożność mówienia o tym, co im dolega, albo jasnego wysławiania się w towarzystwie osób z stetoskopem. Jednakże te same procesy socjalizacyjne, które od małego wtłaczają dziewczynkom, że one są “emocjonalne” i “gadatliwe” (a więc dają na takie zachowanie przyzwolenie) objaśniają chłopcom, że oni z kolei “zazwyczaj są bardziej mrukliwi”, a jeśli dadzą się ponieść emocjom albo narzekają, że ich coś boli, to “zachowują się jak baba” i “nie mają jaj”. Jak chłopiec, któremu tak się tłumaczy relacje międzyludzkie, ma wyrosnąć na mężczyznę, który będzie czuł się komfortowo rozmawiając z obcym człowiekiem o swoich problemach?!

Urolog - a kto to taki?

Problemy z podejściem do zdrowia mają oczywiście swoje źródło już w dzieciństwie i podejściu do zdrowia chłopców. Wedle badań Pontonu aż 80% chłopców nic nie usłyszało od rodziców o wizycie u urologa. Wizyta u lekarza specjalisty jest być może jedyną z niewielu sytuacji odnoszących się do edukacji seksualnej, w której dziewczynki są uprzywilejowane w stosunku do chłopców. Dla dziewcząt są programy edukacyjne o “pierwszej wizycie u ginekologa” i powtarza im się, że należy się (kiedyś) udać do ginekologa. Chłopcy nie miesiączkują i nie grozi im ciąża, więc rodzice często stwierdzają, że nie trzeba z młodym chłopcem rozmawiać o seksualności czy zdrowiu reprodukcyjnym. W skrajnych przypadkach “edukacja” rodzicielska odbywa się, przez pokazywanie pornografii, większość młodych chłopców jest jednak po prostu pozostawiona w tej kwestii zupełnie sama sobie. Brak podstawowej wiedzy i wielką potrzebę informacji widać również w telefonach jakie młodzi chłopcy wykonują do Pontonowego Telefonu Zaufania. Chłopcy dzwonią, żeby zapytać, do jakiego lekarza należy udać się w przypadku problemów w obrębie genitaliów (m.in. brak wytrysku, stulejka) i jak taka wizyta będzie wyglądała.
Najwyraźniej jest więc ogromne zapotrzebowanie na informacje o zdrowiu i dojrzewaniu i uczenie wszystkich - chłopców i dziewczęta spokojnej, merytorycznej rozmowy o ciele i zdrowiu. Niestety, w Polsce przeciętny młody człowiek nie może liczyć an zdobycie takiej wiedzy ani w domu ani w szkole i pozostają inne (mniej lub bardziej odpowiednie) źródła. Oby raporty takie jak ten - obrazujące opłakane skutki obecnej sytuacji - wreszcie zaczęły wymuszać bardzo potrzebne zmiany.