DENVER – Na Bliskim Wschodzie kryzys jest normą, ostatnia fala przemocy nasuwa jednak przypuszczenie, że w regionie zaczyna się coś poważniejszego – rozpad arabskiego państwa narodowego obserwowany już na przykładzie sunnickiej Arabii.
REKLAMA
Bliskowschodnie państwa słabną jak nigdy wcześniej, bo dotychczasowym władzom, czy to starzejącym się monarchom, czy świeckim autokratom, coraz trudniej dbać o niespokojne społeczeństwa. A w miarę jak władza państwowa słabnie, umacniają się zależności plemienne i religijne.
Co dziś znaczy być Irakijczykiem, Syryjczykiem, Jemeńczykiem czy Libańczykiem? Jeśli tożsamość ma coś znaczyć, trzeba ją określić drugim członem: iracki sunnita, syryjski alawita itp. I jak z tych przykładów wynika, punkt ciężkości przesuwa się z tego, co świeckie, na to, co pierwotne i głęboko zakorzenione.
W trawionym wojną Iraku za mimowolne wprowadzenie wyznaniowego kryterium tożsamości powszechnie wini się amerykańską inwazję i okupację. W rzeczywistości sektarianizm zawsze miał się w Iraku dobrze, choć dziś staje się siłą napędową i zasadą organizacyjną polityki kraju.
Mniejszość religijna lub etniczna, która rządzi krajem, tak jak sunnici w Iraku, zwykle usiłuje bagatelizować przynależność etniczną i wyznaniową. Często sama proponuje szersze obywatelskie pojęcie przynależności państwowej, obejmującej – teoretycznie – wszystkich ludzi. W Iraku taką propozycją był baasizm. I choć identyfikowany raczej z sunnicką mniejszością niż szyicką większością, przetrwał kilkadziesiąt lat jako nośnik – skądinąd okrutny i cyniczny – jedności narodowej.
Kiedy jednak partię BAAS wraz z jej obywatelską ideologią zniszczyła amerykańska okupacja, nie zastąpiono jej żadną nową wizją. W politycznej próżni, jaka wtedy powstała, jedyną realną alternatywną zasadą organizacyjną okazał się sektarianizm, który zaczął wyznaczać ramy irackiej polityki, uniemożliwiając tworzenie partii według klucza innego niż religijny, na przykład w oparciu o wspólne interesy społeczno-ekonomiczne. Dziś w Iraku rzadko się zdarza, by – abstrahując chwilowo od Kurdów – sunnita głosował na szyitę albo na odwrót. Partie szyickie, podobnie jak sunnickie, rywalizują ze sobą, ale mało kto z wyborców przekracza linie podziałów religijnych – i tej ponurej rzeczywistości w najbliższych latach raczej nie uda się zmienić.
Pokazywanie palcem na USA jako winnego stanowi rzeczy w Iraku może być w jakimś sensie zasadne, choć alternatywa, czyli pozostawienie bez zmian baasistowskiego państwa z Saddamem Husajnem na czele, też nie budziła entuzjazmu. To samo można powiedzieć o Libii (choć nie była to interwencja amerykańska). Jednak USA nie najechały na przykład Libanu, Syrii czy Jemenu, gdzie przetrwanie państwa też jest dość wątpliwe.
Słabość arabskich państw narodowych wynika z wielu powodów, a bezpośrednio – ze spuścizny arabskiej wiosny. Na początku, w 2011 roku, Arabowie wyszli na ulice, żeby obalić autorytarne lub monarchiczne reżimy, które w powszechnym odczuciu straciły energię i kierunek działania. Tyle że te początkowe demonstracje, często pozbawione rozpoznawalnych przywódców i programów, rychło ustąpiły miejsca dawnym zwyczajom.
I tak w Egipcie, wbrew obiecującym początkom politycznych przemian po upadku popieranego przez wojsko reżimu Hosniego Mubaraka, ostatecznie utworzono rząd Bractwa Muzułmańskiego, którego wykluczająca ideologia z góry przekreślała szanse na długofalowy sukces. Większość komentatorów od początku wróżyła mu krótki żywot.
Kiedy rok później Bractwo Muzułmańskie zostało odsunięte od władzy przez wojsko, wielu Egipcjan identyfikujących się z demokratycznymi hasłami arabskiej wiosny poparło tę zmianę. Egipt zachował najsilniejsze w całym regionie poczucie państwowości, niemniej społeczeństwo zostało podzielone i skłócone i trzeba będzie wielu lat, by z tego stanu wyszło.
Inne państwa miały jeszcze mniej szczęścia. W Libii zgubne kabotyństwo Muammara Kaddafiego ustąpiło miejsca beduińskiemu trybalizmowi, który trudno będzie wpasować w normalnie funkcjonujące państwo narodowe, gdyby Libia kiedykolwiek miała się nim stać. Jemen też nękają waśnie plemienne i podział religijny zagrażający jego państwowości. Syria, która jest kruchym zlepkiem sunnitów, alawitów, Kurdów, chrześcijan i innych wyznań, zapewne nigdy nie da się odbudować w takiej formie, w jakiej istniała kiedyś.
Procesy te wymagają szerszego i bardziej wszechstronnego podejścia krajów Zachodu. Muszą one brać pod uwagę istniejące w regionie zależności i nie udawać, że zmiany osłabiające państwa nie są ze sobą wzajemnie powiązane.
Zwłaszcza Stany Zjednoczone powinny przeanalizować swoją postawę wobec rozpadu Syrii i Iraku i nie traktować obu tych przypadków, jakby nie miały ze sobą związku. W Syrii Ameryka wzywała do zmiany reżimu, w Iraku dążyła do ustabilizowania tamtejszej władzy. Teraz i tu, i tu ma państwo islamistyczne.
Christopher R. Hill – były zastępca sekretarza stanu USA ds. Azji Wschodniej oraz ambasador Stanów Zjednoczonych w Iraku, Korei Południowej, Macedonii i Polsce. Był specjalnym wysłannikiem USA w czasie kryzysu w Kosowie, negocjował Porozumienia Pokojowe w Dayton. W latach 2005-2009 jako główny negocjator USA uczestniczył rozmowach w sprawie programu nuklearnego Korei Północnej. Obecnie pełni funkcję dziekana Korbel School of International Studies przy Uniwersytecie w Denver.
