WARSZAWA – Już niedługo rozpoczną się lekcje w szkołach, a tym samym przebudzi się z wakacyjnego uśpienia potężny przemysł korepetycji i rozmaitych kółek zainteresowań czy też prywatnych zajęć przedmiotowych. To już od lat obowiązujący rytuał towarzyszący kształceniu publicznemu, ale też – co ciekawe – niepublicznemu. Bo to drugie niejako z definicji powinno skuteczniej zaspokajać zindywidualizowane potrzeby edukacyjne swych wychowanków. Z badań TNS Polska wynika, że w roku szkolnym 2013/2014 aż 48 proc. maturzystów brało korepetycje (sic!).
REKLAMA
Dzień ucznia, którego rodzice starają się jak najlepiej – w swym mniemaniu – przygotować do życiowej kariery, wyglądać więc będzie następująco: najpierw kilka godzin spędzonych w szkole, a potem prace domowe odrabiane pod bacznym okiem rodziców oraz ewentualne „korki” z preceptorami od konkretnych przedmiotów (królują matematyka oraz języki obce). Plus dodatkowo – do wyboru – np. rozszerzony angielski, jazda konna, zumba, basen, tenis, plastyka lub rzeźba w glinie, taniec artystyczny, karate i dżudo, piłka nożna, nauka gry na wybranym instrumencie (fortepian, skrzypce itp.), balet, robotyka z najnowszą edycją klocków Lego… Uff, sporo tego, a wspomniane tu zostały jedynie te – i przecież nie wszystkie! – modne ostatnio aktywności.
Mowa oczywiście o zajęciach dodatkowych, ale przecież równie ważny jest – równoległy do edukacji szkolnej – rynek korepetycji. A zarówno korepetycje, jak i zajęcia dodatkowe są – po pierwsze – dowodem na brak zaufania rodziców do skuteczności ustawowego nauczania w szkołach (niestety po części uzasadnionym); po drugie zaś znakiem niedostatecznej efektywności systemu nauczania.
Po kolei. Korepetycje są odpowiedzią na nieradzenie sobie przez dzieci z wymaganiami i standardami nauczania. Dlaczego dzieci i młodzież nie radzą sobie? Czynników jest kilka i nakładają się na siebie: bo programy przedmiotowe mimo licznych odchudzeń i racjonalizacji dokonanych w ostatnich latach wciąż są przeładowane treściami, którym wielu uczniów zwyczajnie nie potrafi sprostać; bo jest zbyt wielu przeciętnych nauczycieli bez daru czy talentu dydaktycznego i pedagogicznego, którzy nie umieją sprawnie oraz dobrze tłumaczyć merytorycznych zagadnień; bo szkoły oceniane są przez pryzmat wyników egzaminacyjnych swych podopiecznych, a zatem śrubują poziom; bo uczniowie wskutek globalnych tendencji kulturowych i cywilizacyjnych związanych z obniżaniem się wiedzy ogólnej nie wynoszą z domu rudymentarnych podstaw informacji o świecie, na których nauczanie mogłoby bazować itd.
Szkoła zatem w znacznej mierze przerzuca na dzieci (a w konsekwencji na ich rodziców) obowiązek uczenia się, czego dowodem są monstrualne ilości zadań domowych. A przecież to właśnie w szkole, a nie w domu powinien się dokonywać edukacyjny progres! Natomiast rodzice często nie radzą sobie – z rozmaitych powodów – z pilnowaniem postępów edukacyjnych swych pociech, cedując ten obowiązek właśnie na korepetytorów.
I tak rynek korepetycji wyrósł na znaczącą część szarej strefy gospodarczej. Jedynie nikły procent korepetytorów rejestruje swą działalność, większość nie odprowadza z osiąganych zysków żadnych podatków do budżetu państwa. Co samo w sobie jest naruszeniem przepisów skarbowych, ale obie strony – nauczyciele i rodzice – nie są de facto zainteresowane ujawnianiem procederu. A ten jest także istotnym miernikiem świadomości społecznej i powinien być poddany zarówno badaniom socjologiczno-finansowym, jak i jednoznacznym regulacjom prawnym oraz skutecznej kontroli, jeśli ambicją jest, byśmy żyli w społeczeństwie rządzącym się transparentnymi regułami.
Najlepiej by oczywiście było, gdyby system edukacyjny na tyle dobrze działał, żeby żadne „zewnętrzne” wobec lekcji zajęcia uzupełniające czy dokształcające nie były potrzebne, a uczniowie, którzy wymagaliby indywidualnego douczania, mogli czynić to na odbywających się w placówce tzw. zajęciach wyrównawczych.
Bo przecież korepetycje (a jeszcze bardziej – zajęcia dodatkowe) to także swoisty przywilej – wykluczeni zostają z niego ci uczniowie, których rodziców nie stać na ponoszenie owych dodatkowych kosztów. Wykluczenie to pogłębia i utrwala nierówności społeczne, razi swą istotową niesprawiedliwością, blokuje perspektywę awansu, utrwala istnienie tzw. marginesu społecznego – tym samym pracuje na rzecz petryfikacji niespójnego kształtu społeczeństwa.
Granica między korepetycjami a zajęciami dodatkowymi bywa płynna. Wielu rodziców kieruje swe pociechy na korepetycje przedmiotowe w nadziei, że wzmożone kształcenie przełoży się na sukcesy egzaminacyjne i skutkować będzie – rozumianym szerzej – sukcesem życiowym; mimo że dzieci niekoniecznie takiego wsparcia potrzebują (bo radzą sobie w szkole przyzwoicie). W takich przypadkach można już więc mówić o zajęciach dodatkowych. A ofertę tychże wzbogacają wspominane chociażby na początku tekstu aktywności nieujęte w zestawie przedmiotów szkolnych, ale będące rozwojowymi lub też nakierowanymi na przyszłe profity dziecka – rozumiane zresztą najczęściej w kategoriach kariery.
W tym momencie trzeba wspomnieć o dwóch skrajnie różnych modelach wychowania. Pierwszy nazwać by można wsparciem w poszukiwaniu drogi życiowej, drugi – tresurą. Ten pierwszy wywodzi się z renesansowej (a mającej swe źródła w koncepcjach antycznych, głównie greckich) idei kształcenia zakładającej, że młody człowiek w toku nauki zapoznany zostanie z rozmaitymi ludzkimi działaniami, z których wybierze dla siebie te, które mu pasują, albo też te, w których przejawi talenty i uzdolnienia.
Ładnie o tym pisał już Mikołaj Rej (choćby w „Żywocie człowieka poczciwego”), ojciec polskiej literatury pięknej, podkreślając, że edukacji intelektualnej powinno towarzyszyć przysposobienie do konkretnych życiowych umiejętności: rolnictwa, sadownictwa, hodowli roślin czy zwierząt, ale też fechtunku, czyli walki.
Model, który nazywam – prawda, że dość obcesowo – „tresurą”, przejawia się twardym wychowywaniem do konkretnej profesji, inicjowanym już we wczesnym dzieciństwie. Jego europejskie źródła tkwią głównie w protestanckim etosie doskonalenia i pracy oraz (zwłaszcza w tradycji kalwińskiej) idei predestynacji – czyli przeznaczenia człowieka do konkretnego wcielenia indywidualnego losu.
W tej wersji wychowania rodzice koncentrują się na jakimś konkretnym uzdolnieniu dziecka, które ujawniło się podczas jego rozwoju i z konsekwencją pilnują, przełamując niechęć czy chwile zwątpienia swych potomków, by poprzez mozolne ćwiczenia pogłębiało dane uzdolnienie. Mowa tu np. o przypadkach licznych sportowców czy artystów, którzy w trybie takiej edukacji zostają ostatecznie wirtuozami (mistrzami). Koncept ten rozlewa się obecnie także na inne – poza sportowymi czy artystycznymi – rejony kształcenia.
Rodzice bowiem „tresują” dzieci np. do ról menedżerskich, lekarskich czy prawniczych – a więc do profesji kojarzących się z wysokimi zarobkami i uprzywilejowaną pozycją w hierarchii społecznej. Ta profesjonalizacja ma miejsce już na poziomie kształcenia ponadgimnazjalnego.
O ile w początkach lat 90. licealiści – pytani przeze mnie o przyszłą orientację zawodową – odpowiadali zazwyczaj dość enigmatycznie i ogólnikowo, o tyle już w pierwszej dekadzie XXI wieku odpowiedzi zaczęły się stanowczo konkretyzować. Na pytanie: „kim chciałbyś zostać?” – młody człowiek potrafił odpowiedzieć mi w ten deseń: „Po maturze pójdę na studia prawnicze, a potem zrobię odpowiednie uprawnienia, by zostać komornikiem sądowym”. Widać było w takim przypadku efekt pracy perswazyjnej rodziców, bo przecież młody człowiek nie mówił własnymi słowami.
Model wychowania „tresuralnego”, by tak go nazwać, niesie większe ryzyko niż model kształcenia zorientowanego na poszukiwanie i identyfikację rzeczywistych pasji dziecka. Przymuszone do ćwiczeń i rozwijania umiejętności może nie spełnić pokładanych w nim przez rodziców nadziei, a w konsekwencji nabawić się frustracji; może też zrobić karierę, którą zaprojektowali mu ongiś rodzice, ale w dorosłym życiu nie czerpać satysfakcji z wykonywanego zawodu (choćby i owocującego wymiernymi sukcesami) – a to w konsekwencji także skończy się frustracją i poczuciem zmarnowanego życia. Przypadki osób, które po „tresurowym” wychowaniu odnoszą sukces i jednocześnie identyfikują się ze swoim losem, pozostają jednak w mniejszości.
Psycholodzy w swych poradach bliżsi są raczej koncepcji renesansowej, w duchu zalecenia: „rozwijaj w dziecku pasję, ale z umiarem”. Idzie o to, by nie przesadzić z ilością i intensywnością zajęć fundowanych dziecku. Ponadto jednym z największych błędów wychowawczych jest upór rodziców dotyczący pozaszkolnej aktywności dziecka, kiedy utraciło ono zainteresowanie zajęciami dodatkowymi.
„No jak to, zapisaliśmy cię na balet, kupiliśmy strój, opłaciliśmy instruktora, a ty chcesz zrezygnować?” – pytają zbulwersowani. A powinni raczej uszanować wolę swej latorośli, kiedy deklaruje ona, że ma dosyć, że nie chce już więcej tańczyć, fikać na zumbie czy bębnić w klawisze fortepianu. Rodzicielski upór będzie miał w tym przypadku raczej zgubne konsekwencje w postaci konfliktów rodzinnych oraz – co chyba jeszcze gorsze – cierpieniu dziecka.
Jarosław Klejnocki – współautor (wraz z Barbarą Łazińską i Dorotą Zdunkiewicz-Jedynak) podręczników do nauki języka polskiego w szkołach ponadgimnazjalnych (Słowa i teksty). Wieloletni nauczyciel języka polskiego, związany z Kuratorium Oświaty i Wychowania, egzaminator – weryfikator Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej w Warszawie. W latach 1991-1992 konsultant w Centralnym Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli. Obecnie jest adiunktem na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego (specjalizuje się m.in. w metodyce nauczania) oraz dyrektorem Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie.
