LONDYN – Czy 1,7 mld funtów to duży wydatek dla brytyjskiego rządu? Tak, kiedy Unia Europejska znienacka domaga się takiej wpłaty do wspólnego budżetu. Ale niespodziewany rachunek z Brukseli ma skutki nie tylko finansowe, bo nadszedł w czasie, gdy antyunijna Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) osiąga wysokie wyniki w sondażach popularności. Wydarzenie to ujawnia arbitralną naturę konstrukcji unijnego budżetu, a samą Unię stawia w złym świetle – i może być kroplą, która przeleje czarę goryczy w Wielkiej Brytanii w kwestii być albo nie być w UE.
REKLAMA
Rachunek z Brukseli to efekt przeliczenia przez unijne biuro statystyczne Eurostat danych dotyczących kondycji brytyjskiej gospodarki w ciągu ostatnich 20 lat. Długoterminowe koszty mogą być jednak o wiele większe niż obecna stosunkowo niewielka kwota (0,1 proc. PKB). Kryzys polityczny, który wybuchł po przeliczeniu narodowych nadwyżek i rabatów w ramach unijnego budżetu, ma źródło w instytucjonalnej arbitralności, która wydaje się niesprawiedliwa i budzi ogromne rozgoryczenie. Przyjaźnie i małżeństwa rozpadają się z na pozór trywialnych powodów, które są oznaką fundamentalnych problemów. Podobnie kryzys budżetowy unaocznił poważną wadę w stosunkach Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej.
Nowe żądanie finansowe zaskoczyło brytyjskiego premiera Davida Camerona, który stwierdził, że jest ono „całkowicie nie do przyjęcia”. Dla wielu eurosceptyków to kolejny sygnał antybrytyjskiego spisku w łonie Komisji Europejskiej.
Wspominając o popularnej detektywistycznej grze planszowej dla dzieci, Cameron oznajmił: „Nie potrzeba nam Cluedo, by stwierdzić, że w bibliotece ktoś dostał w głowę ołowianą rurką”. Lepszym porównaniem mogłaby być karta „szansa” z gry planszowej Monopol powstałej w czasie Wielkiego Kryzysu. „Szansa” symbolizowała ślepą niesprawiedliwość kapitalizmu.
Trudno wyobrazić sobie lepszą chwilę na taki spór dla przeciwników Unii w Wielkiej Brytanii. UKIP po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych w maju może stać się języczkiem u wagi i wymusić na rządzie realizację obietnicy referendum w sprawie członkostwa w Unii. Pod naciskiem wyborców dwie główne brytyjskie partie – konserwatyści i laburzyści – już teraz opowiadają się za ograniczeniami imigracji, które są niezgodne z unijnym prawem i podstawowymi zasadami europejskiej integracji. Eskalacja emocji może doprowadzić wiele osób po obu stronach kanału La Manche do przekonania, że Wielkiej Brytanii i Unii lepiej będzie osobno niż razem.
Obecne zaognienie sytuacji poprzedzały liczne napięcia. Ale czy nie można mieć pretensji do metody wyliczania unijnego budżetu?
Racjonalne jest, by wkład danego kraju do unijnej kasy odzwierciedlał realny poziom jego ekonomicznej aktywności. Łączny budżet UE na poziomie 1 proc. unijnego PKB jest stosunkowo mały i nie zmienił się od ponad 30 lat. Ponowne przeliczenie to próba stworzenia obrazu unijnej gospodarki wierniejszego rzeczywistości, który ma uwzględniać także to, czego nie mierzy się oficjalnie, np. działalność dobroczynną, wpływy z narkotyków czy prostytucji.
Co więcej, nie tylko Wielka Brytania została poszkodowana w tym przeliczeniu. Stan włoskiej gospodarki również okazał się lepszy, niż zakładano, więc Włochy czeka dopłata. Premier Matteo Renzi posłusznie dołączył do chóru oburzonych i stwierdził, że rekalkulacja to „zabójcza broń”.
Owszem, jak najbardziej ma sens monitorowanie i opodatkowywanie przez rząd jak największej części krajowej aktywności gospodarczej. Zewnętrzne szacunki będące próbą podliczenia wartości całej gospodarki – i określenia na tej podstawie wysokości składki do budżetu – powinny zwiększyć wydajność podatkową. W końcu dziurawy system podatkowy to jeden z największych problemów południa Europy, w tym Włoch (a już szczególnie Grecji). Tymczasem Francja i Niemcy, które dostały znaczne rabaty, ze zbieraniem podatków radzą sobie lepiej.
Włochy, podobnie jak Grecja, próbują poszerzyć bazę podatkową. Z powietrza wykrywa się teraz baseny w ogrodach, inspektorzy podatkowi wyceniają jachty cumujące w portach, a transakcji powyżej 1000 euro nie można dokonywać w gotówce.
Ale dlaczego unijne wyliczenia budżetowe w tak dużym stopniu uwzględniają rachunki narodowe, które stanowią zestaw arbitralnych konwencji? Gdyby na przykład za prace domowe płacono normalne pensje, PKB wzrósłby mimo braku jakiejkolwiek nowej działalności. W świecie racjonalnym unijne składki do budżetu nie powinny być ustalane arbitralnie, ale wyznaczane automatycznie, jako stały odsetek od faktur VAT. Potrzebna byłaby stosunkowo niewielka ich część, nie trzeba by prowadzić okresowych przeliczeń.
Wyliczanie, a potem przeliczanie składek członkowskich w obecny sposób szkodzi Unii. Do bólu logiczne byłoby, gdyby kraje członkowskie zażądały teraz przeliczenia wszystkiego na nowo, by uwzględnić różne sposoby mierzenia dochodów i bogactwa, przez co potencjalni beneficjenci stanęliby naprzeciw płatników netto do budżetu. Taki budżetowy układ grozi już rozpadem wielu państw członkowskich – by wspomnieć tylko o Szkocji czy Katalonii.
Jeśli Unia Europejska będzie postrzegana tylko jako skarbiec, który rozdziela środki finansowe swoim członkom, jest skazana na porażkę. Trudno wyobrazić sobie trudniejszy okres – mnożą się geopolityczne wyzwania, a Europa stoi przed pierwszym systemowym zagrożeniem dla bezpieczeństwa od końca zimnej wojny. Wspólnota nie może grzęznąć w czymś, co powinno być prostym biurokratycznym procesem. Unia Europejska musi umieć wyjaśnić, co naprawdę sobą reprezentuje. Te ideały powinny być widoczne w jej czynach – wyraźnych, przewidywalnych i niearbitralnych.
Harold James jest profesorem historii na Princeton University i członkiem Center for International Governance Innovation.
Harold James jest profesorem historii na Princeton University i członkiem Center for International Governance Innovation.
