BRUKSELA – Ożywają ponownie wspomnienia największych konfliktów XX wieku, od pacyfizmu lat 30. po antagonizm zimnej wojny, motywując zarówno Rosję, jak i Zachód do działań, które stanowią największe zagrożenie dla globalnego porządku i europejskiej stabilności od 25 lat. W trwający na Ukrainie kryzys zaangażowane są mocarstwa atomowe, których łączne wydatki na cele militarne stanowią blisko dwie trzecie takich globalnych wydatków. Ale historia nie musi się powtórzyć, o ile Zachód podejmie działania, by uniknąć pułapki nagłej eskalacji.

REKLAMA
Rosyjska interwencja wojskowa na wschodzie Ukrainy stanowi naruszenie prawa międzynarodowego i pogwałcenie Memorandum Budapeszteńskiego z 1994 r., w ramach którego Ukraina oddała swój arsenał jądrowy w zamian za gwarancję nienaruszalności granic udzielone przez Rosję, Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone, do których dołączyły potem Chiny i Francja.
 
Ignorując prawo międzynarodowe, rosyjski prezydent Władimir Putin wysyła prostą wiadomość, że liczy się tylko siła.
 
Rosja może wygrywa militarnie i taktycznie na Ukrainie, ale ów tymczasowy sukces skrywa jej słabość. Połączenie niskich cen surowców energetycznych i zachodnich sankcji utrudni Rosji z czasem utrzymanie wysokiego poziomu wydatków na wojsko.
 
Rosja jest ekonomicznie i finansowo jeszcze bardziej krucha niż jej poprzednik, Związek Radziecki; przy niezdywersyfikowanej gospodarce i uzależnieniu od zachodnich banków oraz technologii Kreml nie może po prostu ignorować tego, na co nie ma wpływu.
 
W tej sytuacji trzej stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ z Zachodu (Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone) oraz Niemcy i pozostałe kraje Unii Europejskiej muszą wyznaczyć jednego wysokiego rangą wysłannika, który będzie w stałym kontakcie z Ukrainą, NATO i Putinem. Obecny „format normandzki” (Rosja, Ukraina, Niemcy i Francja) to wyraźnie za mało.
 
Plan takich kontaktów musi się zacząć od wdrożenia drugiego rozejmu z Mińska uzgodnionego w lutym, wraz z odpowiednim wycofaniem wojski i monitoringiem wschodniej Ukrainy, oraz porozumieniem co do przeprowadzenia lokalnych wyborów.
 
Trzeba rozważyć rosyjskie obawy przed rozszerzaniem się zachodnich instytucji na wschód po zimnej wojnie, nawet jeśli nie są uzasadnione. NATO powinno wyraźnie oświadczyć, że Ukraina nie zostanie jego członkiem, zaś Unia Europejska powinna utrzymać obietnicę członkostwa Ukrainy, by zachęcić ją do reform wewnętrznych.
 
Zachodni partnerzy Ukrainy muszą także zachęcać do nawiązywania nieformalnych kontaktów ukraińskiego rządu i przedstawicieli rozmaitych ugrupowań na wschodzie kraju określanych dziś jako „separatyści”. Dzięki temu powstawałoby zaufanie i łatwo byłoby potem osiągnąć porozumienie co do decentralizacji.
 
Zarazem Zachód powinien organizować silniejsze wsparcie ekonomiczne dla Ukrainy i jej reform antykorupcyjnych, pilnując, by pomoc i handel trafiały też na tereny kontrolowane przez „separatystów”.
 
Członkowie zachodniego sojuszu, zwłaszcza ci z Europy, muszą wdrażać własne reformy. Przede wszystkim należy zmniejszyć uzależnienie od rosyjskich dostaw gazu, co daje strategiczną przewagę Putinowi. Aby to osiągnąć, należy stworzyć prawdziwą wspólną politykę energetyczną, z uwspólnieniem ryzyka, rezerw i infrastruktury.
 
Wszystko to nie oznacza, że Zachód powinien wykluczyć wojskową pomoc i szkolenia dla Ukrainy, ale musi to robić ostrożnie, tak by wspomagać proces polityczny. Ani Ukraina, ani państwa zachodnie nie skorzystałyby na eskalacji konfliktu – warto to podkreślić z uwagi na niedawną dyskusję m.in. w kręgach amerykańskiej dyplomacji o tym, czy dostarczać ukraińskiemu rządowi ofensywną pomoc wojskową.
 
NATO może i powinno – w sposób przejrzysty – zwiększać wsparcie obronne dla swoich członków, których terytorium znajduje się najbliżej Rosji. Zachód powinien też wzmacniać gospodarki i instytucje państw z regionu „bliskiej zagranicy” Rosji, by nie dopuścić do ich destabilizacji.
 
Na razie sankcje wobec Kremla powinny obowiązywać, póki proces pokojowy nie nabierze tempa. Jeśli Rosja nie odwróci swej polityki, trzeba położyć nacisk na tak zwane inteligentne sankcje, wymierzone w poszczególne osoby i konkretne podmioty, nie w cały rosyjski naród.
 
Jeśli ukraiński konflikt uda się w końcu zdemilitaryzować, a Rosja okaże przekonującą gotowość do rozwiązania swoich problemów środkami politycznymi, Zachód powinien złożyć jej poważną propozycję odbudowy stosunków. Mogłoby się to odbyć na forum Światowej Organizacji Handlu, G-8, a zwłaszcza Organizacji ds. Bezpieczeństwa i Współpracy Europejskiej, w którą należy tchnąć nowe życie.
 
Rosja nie powinna odrzucać szansy na osiągnięcie kompromisu z Zachodem. Kreml twierdzi, że nawiązał partnerstwo z Chinami, ale Chiny są silniejsze niż Rosja i mają z nią mniej wspólnych kluczowych interesów. Wewnętrzny „sukces” Rosji w Czeczenii osiągnięto dzięki wzmocnieniu watażki, którego Rosjanie nie do końca kontrolują. Kreml powinien uważać sytuację na wschodzie Ukrainy za podobne zagrożenie – to kolejny niestabilny region zarządzany przez bojówkarzy, z którego już dziś płynie rzeka uchodźców na zachód Rosji.
 
W dalszej perspektywie, państwa zachodnie muszą też odbudować swą wiarygodność. Wielu Rosjan wskazuje na poprzednie akcje wojskowe Zachodu – np. pominięcie ONZ w Kosowie, Iraku i Libii – jako dowód podwójnych standardów. Ten problem odbija się echem nie tylko w Rosji.
 
Istotne jest również przekonanie Chin i innych mocarstw, by wspary porozumienia o bezpieczeństwie i współpracy, oraz pomogły Rosji i krajom Zachodu w deeskalacji kryzysu. Podważanie norm przyjętych po 1945 r., do jakiego dochodzi dziś na Ukrainie, to zagrożenie także dla nich. Muszą jak najszybciej się zaangażować, by utrzymać globalny pokój i bezpieczeństwo.
Jean-Marie Guéhenno jest prezesem i dyrektorem naczelnym International Crisis Group oraz byłym szefem Operacji Pokojowych ONZ.