RZYM – Informacje o wyładowanych imigrantami statkach, które w drodze do brzegów Europy toną w Morzu Śródziemnym, i o uchodźcach umierających w Calais, gdy usiłują dotrzeć eurotunelem do Wielkiej Brytanii, napływają niemal każdego dnia.

REKLAMA
Ten kryzys powinien przypomnieć nam pewien bolesny i wstydliwy epizod z niedawnych czasów – odmowę, z jaką spotykali się europejscy Żydzi szukający schronienia przed antysemicką zaciekłością panującą w Europie w latach 30. XX wieku. Dzisiejsi uchodźcy niech też nam przypominają o tych ocalałych z Holokaustu Żydach, którzy płynęli w latach 1946-1947 przez Morze Śródziemne do Palestyny, a trafiali do brytyjskich więzień m.in na Cyprze.
Jest faktem, że w latach 30., gdy nasilały się prześladowania Żydów w Niemczech, a w Europie Środkowej i Wschodniej mnożyły się antysemickie przepisy, świat zewnętrzny w zasadzie nie interesował się losem ofiar. Ta obojętność wynikała niewątpliwie z głęboko zakorzenionych wówczas uprzedzeń, jak też z powszechnej podejrzliwości wobec wszystkich obcych. „Łódź jest pełna” – brzmiał refren powtarzany przez rządy i opinię publiczną.
I rzeczywiście – w 1935 roku Stany Zjednoczone zgodziły się na zaledwie 6000 żydowskich emigrantów z Europy, Argentyna wpuściła 3000, a do Brazylii legalnie wjechało 2000 osób. Europa Zachodnia była bardziej wspaniałomyślna: Francja przyjęła 35 tys. Żydów, a Belgia i Holandia po 20 tys.
W 1938 roku, pod naciskiem prezydenta USA Franklina D. Roosevelta, zorganizowano we francuskim Évian konferencję poświęconą sprawie statusu żydowskich uchodźców. Jej uczestnicy – ponad 30 krajów – zgodzili się jednak tylko na ograniczone kwoty imigracyjne. Powołując się na bezrobocie, problemy społecznoekonomiczne i kłopoty z utrzymaniem porządku publicznego, stwierdzili ostatecznie, że dla europejskich Żydów nic nie da się zrobić.
Brytyjczycy odmówili nawet przedyskutowania kwestii żydowskiej emigracji do Palestyny. Mimo nasilenia antyżydowskich wystąpień w Europie, liczba Żydów wpuszczonych przez Wielką Brytanię do Palestyny najpierw spadła, a później utrzymywała się na niskim poziomie: w 1935 roku było to 60 tys., w 1936 – 30 tys., w 1937 – 10 tys. osób, w 1938 – 13 tys. i niewiele więcej w roku 1939. Pod naciskiem arabskiej opozycji i w obawie przed wzmocnieniem ruchu syjonistycznego Wielka Brytania ograniczyła żydowską emigrację do Palestyny do 10 tys. osób rocznie przez pięć lat (z ewentualną uzupełniającą kwotą w wysokości 25 tys.).
W kwietniu 1939 roku sekretarz do spraw kolonii Malcolm McDonald, odpowiadając na pytanie zadane w Izbie Gmin, twierdził, że Wielka Brytania zapobiegła „lądowaniu w Palestynie 1220 nielegalnych imigrantów”. Pasażerom nakazano powrót do portów, z których wypłynęli. – Ma pan na myśli obozy koncentracyjne? – spytał jeden z posłów. Riposta McDonalda pobrzmiewa i w czasie obecnego kryzysu w rejonie Morza Śródziemnego: odpowiedzialność – oświadczył – spada na tych, którzy organizują nielegalną imigrację.
Nawet po wybuchu wojny w Europie we wrześniu 1939 roku jedynie 20 tys. Żydów znalazło schronienie w USA. (Uratowanie zawdzięczali przede wszystkim zdecydowanym działaniom, jakie w okupowanej Francji podjął Emergency Rescue Committee, skupiający odważnych wolontariuszy, wśród których byli m.in. Varian Fry i Hannah Arendt).
O amerykańskiej powściągliwości zadecydowało wiele czynników: antysemityzm, ideologia antyimigracyjna, milczenie Kościołów chrześcijańskich, niechęć amerykańskich organizacji żydowskich do wywierania nacisku na administrację Roosevelta, żeby nie wywoływać nastrojów antyżydowskich. Ponadto dla syjonistów potrzeba utworzenia państwa żydowskiego była ważniejsza niż żydowska imigracja do Ameryki.
W kronikach tamtych strasznych lat główna, choć fatalna rola przypadła dwóm statkom: „Strumie” i „St Louis”.
„Struma” wypłynęła z Konstancy, czarnomorskiego portu rumuńskiego, w grudniu 1941 roku; wiozła 800 Żydów, którzy uciekali przed rzezią organizowaną przez rumuńskie państwo i faszystowskie milicje. Gdy dotarła do Stambułu, Brytyjczycy odmówili wydania jej pasażerom wiz do Palestyny. Po 70 dniach w porcie statek zmuszono do powrotu na Morze Czarne, gdzie zatopiła go torpeda wystrzelona z do dziś nieznanego okrętu. Przeżył tylko jeden człowiek.
„St Louis” z 900 niemieckimi Żydami na pokładzie wypłynął z Niemiec w maju 1939 roku na Kubę. W Hawanie, po długich negocjacjach między kubańskim rządem i amerykańskim Joint Distribution Committee, nakazano mu powrót do Europy. Część uchodźców znalazła schronienie w Holandii, Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii. Inni jednak musieli wrócić do hitlerowskich Niemiec, gdzie czekała ich zagłada.
Reakcja Europy na dzisiejszych imigrantów, pozbawionych środków do życia, często uciekających z krajów rozdzieranych ekstremizmem i wojną domową, to sygnał, że historia może się powtórzyć.
Europejscy przywódcy, bojąc się powszechnego sprzeciwu, znów szukają sposobów, by – zamiast pomóc – odrzucić ludzi jak nikt inny w świecie narażonych na niebezpieczeństwo.
Imigracja jest zjawiskiem złożonym; między dwiema skrajnościami – utopijną dobrą wolą i haniebną ksenofobią – trudno o proste rozwiązania. Jednak pamięć o losach europejskich Żydów w latach 30. nie może pozwolić nam na obojętność wobec tych, którzy nie mają się dokąd zwrócić.
Giorgio Gomel, ekonomista, jest członkiem grupy Jcall, stowarzyszenia europejskich Żydów, zaangażowanego w sprawę dwupaństwowego rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego.