Berlin
Berlin Fot. Marta Błażejowska / AG

MADRYT – Od kilku lat nadwyżki na rachunku obrotów bieżących Chin – sięgające od 2000 r. średnio blisko 220 mld dol. rocznie – są przedmiotem krytyki pozostałych krajów. Ale podobnie dużych nadwyżek w Niemczech – wynoszących średnio 170 mld dol. rocznie od wejścia do strefy euro w 1999 r. – do niedawna nie zauważano.

REKLAMA
Przekonywano, że to coś zupełnie innego z uwagi na unię walutową. Dopóki strefa euro jako całość była stosunkowo zrównoważona, nadwyżki w Niemczech uznawano za nieistotne – tak jak, powiedzmy, nadwyżka w Teksasie nie była nigdy problemem dla całych Stanów Zjednoczonych. Za to te same wskaźniki w Chinach postrzegano jako przyczynę globalnych nierówności.
Ta argumentacja jest słuszna o tyle, że nadwyżka lub deficyt na rachunku obrotów bieżących unii walutowej jako całości powinny mieć wpływ na kursy walut. A w przeciwieństwie do Chin Niemcy nie mają już narodowego kursu waluty, który mógłby się dostosować do nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Te czynniki, a także brak danych handlowych dla regionów poszczególnych krajów rzadko skłaniały ekonomistów do pochylania się nad wewnętrznymi nadwyżkami czy deficytami państw.
Ale w ogólnym rozrachunku region danego kraju – albo państwo takie jak Niemcy czy podregion unii walutowej – nadal „umniejsza” narodowy albo też globalny łączny popyt, jeśli eksportuje więcej, niż importuje. Przykład? Cięcia wydatków przez rządy poszczególnych stanów USA – a wiele z nich było zobowiązanych konstytucyjnie do zrównoważenia budżetu – do pewnego stopnia osłabiły potężny pakiet stymulacyjny rządu federalnego w latach 2010-2011.
Z tego względu należy zadać pytanie, czy kraj tak duży jak Niemcy – albo nawet stan wielkości Kalifornii czy Teksasu – zwiększa czy osłabia łączny popyt światowy. (Bo gdyby traktować stany jako suwerenne kraje, Kalifornia i Teksas byłyby w 2012 r. 12. i 14. największą gospodarką świata, wyprzedzając Holandię, Meksyk czy Koreę Południową).
To pytanie jest tym istotniejsze, że Holandia i Austria, dwaj północnoeuropejscy sąsiedzi Niemiec ze strefy euro, też mają nadwyżki na rachunku obrotów bieżących, zaś dotknięte kryzysem kraje południa Europy zlikwidowały potężne deficyty, bo cięcia wydatków ograniczyły popyt wewnętrzny i zrobiły miejsce dla wzrostu eksportu. W efekcie strefa euro jako całość w tym roku będzie miała nadwyżkę handlową na poziomie 260 mld euro. A to nowe globalne zachwianie równowagi, które da się porównać z wynikami Chin z poprzedniej dekady.
Nienależące do strefy euro kraje z nadwyżką – Szwecja, Dania, Szwajcaria i Norwegia (wszystkie mające kursy walutowe do pewnego stopnia powiązane z euro) – jeszcze bardziej zwiększają tę globalną nierównowagę. Europa Północna – czyli wymienione cztery kraje skandynawskie, Niemcy, Holandia i Austria – mają ogromną nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących na poziomie około 550 mld dolarów.
Tymczasem w Chinach wskaźnik ten raczej nie przekroczy w bieżącym roku 150 mld dolarów. Najwyższa roczna nadwyżka Chin w latach 2007-2008 sięgnęła blisko 400 mld dolarów – i wtedy właśnie Stany Zjednoczone gotowe były wprowadzić sankcje handlowe przeciw Państwu Środka, bo uważały, że taka nierównowaga stanowi zagrożenie dla stabilności gospodarki USA i całego świata.
W strefie euro problemem jest to, że bezrobocie w części krajów dotkniętych kryzysem – np. Hiszpanii i Grecji – wciąż utrzymuje się powyżej 20 proc. Te państwa próbują uzyskać trudną „dewaluację wewnętrzną” – czyli ograniczyć u siebie jednostkowe koszty pracy w stosunku do silniejszych krajów Eurolandu – podczas gdy ogólna nadwyżka strefy euro wypracowana przez północną Europę sprawia, że kurs waluty się wzmacnia, zmniejszając ich konkurencyjność poza unią walutową.
Hiszpania i Grecja zdołały osiągnąć w tym roku wewnętrzną dewaluację na poziomie około 5 proc. w porównaniu z Niemcami, ale ich konkurencyjność wobec USA i krajów mających gospodarki powiązane z dolarem wcale się nie poprawiła, bo euro wzmocniło się w stosunku do amerykańskiej waluty o ponad 5 proc. Owszem, jednolity pieniądz powinien się umacniać, bo strefa euro jako całość ma dzisiaj ogromną nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących.
Można tylko współczuć krajom Europy Południowej. Powinny dziękować Francuzom za to, że nie zdołali wdrożyć u siebie skutecznych oszczędności, dzięki czemu wciąż mają niewielki deficyt na rachunku obrotów bieżących, nie zwiększając jeszcze bardziej nadwyżki całego Eurolandu.
Ale samo współczucie niczego nie zmieni. Kraje północnej Europy, które mają za co zwiększać płace i prowadzić politykę rozwoju, powinny się na takie posunięcia zdecydować. To pomogłoby bezpośrednio samym obywatelom tych państw, a na dodatek zapobiegłoby dalszemu wzmacnianiu euro, zwiększyło wzrost i skorygowało nierównowagę na południu kontynentu i w całej światowej gospodarce.
------------
Kemal Derviş - były minister finansów Turcji i szef Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). Obecnie jest wiceprezesem Brookings Institution.