GLENDALE, KALIFORNIA – Papież Jan XXIII i Ojciec Święty Jan Paweł II to niecodzienna para współczesnego Kościoła rzymskokatolickiego. Dobroduszny Jan XXIII, który chciał poruszyć skostniały Kościół, i wojownik Jan Paweł II, który starał się ograniczyć „ekscesy” Soboru Watykańskiego II zwołanego przez Jana XXIII, wydają się ideologicznymi przeciwnikami. Ale w kwietniu papież Franciszek kanonizuje ich razem – ten zaskakujący ruch może rozjaśnić nieco zamiary Franciszka wobec Kościoła.
REKLAMA
Najoczywistszym wnioskiem jest to, że Franciszek ma dość polaryzacji i liczy, że ta podwójna kanonizacja pomoże przyspieszyć zmianę w stronę otwartego katolicyzmu, który będzie atrakcyjny dla większej liczby wiernych. Ojciec Święty z pewnością ma silny mandat do zainicjowania takiej zmiany. Ma ogromny kapitał polityczny, większy nawet niż amerykański prezydent Barack Obama na początku swoich rządów. Ludzie najwyraźniej doceniają to, że lubi nauczać własnym przykładem i przełomowymi gestami – takimi jak wspólna kanonizacja rywalizujących gwiazd Vaticanum II – a nie encyklikami.
Czy ta strategia wystarczy, by zagonić zagubione katolickie owieczki do stada albo zasypać przepaść między dość konserwatywnym pokoleniem „księży Jana Pawła II” i młodszymi, bardziej liberalnymi katolikami? Czy uparci członkowie kościelnego establishmentu będą podatni na zmiany zapoczątkowane przez Franciszka?
Proces modernizacji zainicjowany przez Jana XXIII był zgodny z duchem burzliwych przemian początku lat 60. Jan Paweł II uważał swoją długą posługę – od 1978 do 2005 r. – za korektę kursu po moralnej rozwiązłości i seksualnych eksperymentach tamtej dekady. Franciszek ustawia swój pontyfikat jako czas odejścia od sztywnych formuł.
Na razie działania obecnego papieża nie wywołały konfrontacyjnej reakcji ani masowej mobilizacji, jakie często następują po zmianach reżimu w systemach autorytarnych. Ale nie oznacza to, że wszystko przebiegnie gładko. Następca Świętego Piotra musi zmierzyć się z powszechną apatią wiernych, zwłaszcza w rozwiniętych społeczeństwach przemysłowych, gdzie rozczarowani katolicy coraz częściej powątpiewają w swe przywiązanie do Kościoła i po prostu z niego występują. Łagodne usposobienie Franciszka zdaje się spowalniać tę erozję, ale wcale nie jest pewne, czy zdoła powstrzymać to zjawisko.
Przede wszystkim trudniej jest zdobyć poparcie dla pozytywnego programu, niż zbudować solidarność wokół sprzeciwu wobec rzekomych wrogów. Zamiast sięgać do potępiania „relatywizmu”, „sekularyzacji”, „nihilizmu” i innych „-izmów”, za pomocą którego Jan Paweł II i jego następca Benedykt XVI mobilizowali wiernych, Franciszek zaproponował program pozytywny skupiający się na sprawiedliwości społecznej. I choć rosnący globalny niepokój wywołany nierównościami dochodowymi dał biskupowi Rzymu trochę wiatru w żagle, ten program dopiero musi dotrzeć do katolickich polityków, takich jak republikańscy kongresmeni: Paul Ryan czy John Boehner, i do znaczących postaci Kościoła.
Drugą poważną przeszkodą dla Franciszka jest to, że podobnie jak poprzednicy promuje rewolucję z góry. Reformy Soboru Watykańskiego II nie były efektem wrzenia wśród ludu, ale preferencji postępowych teologów i biskupów. To hierarchiczne podejście, w którym lepiej stać z boku, niż uczestniczyć w społeczności, to główny powód zobojętnienia współczesnych katolików.
Kolejne duże wyzwanie dla Franciszka to coraz większa niezależność laikatu od władz kościelnych. W ciągu kilku dekad w kościelnej sieci szkół, szpitali czy instytucji charytatywnych księży i zakonnice zastąpili pracownicy świeccy. W efekcie po Soborze Watykańskim II stopniowo zanikała kontrola biskupów i Watykanu nad instytucjami powiązanymi z Kościołem. Na przykład około połowy budżetu organizacji Catholic Charities USA pochodzi od rządu. W zasadzie żadna z tych instytucji nie występuje otwarcie przeciw Rzymowi. Wiele z nich po prostu po cichu idzie swoją drogą.
Podobnie jak wielu zwykłych katolików. Pobożni na pokaz, kierują się swoim sumieniem albo wygodą – a ich życie to mniej lub bardziej ostry rozdźwięk między doktrynalnymi zakazami a codzienną praktyką. Jak zauważył komik Bob Newhart, „Papież zostawia nas samych, my też zostawiamy papieża samego”.
Papieskie inicjatywy są zatem poddawane znaczącym ograniczeniom kulturowym i instytucjonalnym. I Franciszek pewnych rzeczy nie przeskoczy. Ten – jak sam o sobie mówi – „posłuszny syn Kościoła” raczej nie zaskoczy wiernych w kwestiach takich jak seksualność czy kapłaństwo kobiet.
Jednocześnie jezuicka przeszłość Franciszka dała mu pewną niezależność i skłonność do zaskakujących posunięć (takich jak będąca wyrazem pewnej nonszalancji decyzja o kanonizacja Jana XXIII i Jana Pawła II na wspólnej uroczystości). Towarzystwo Jezusowe – którego duchowość oparta jest na pozornie sprzecznym, a jednak trwałym połączeniu mistycyzmu i realnej polityki – wypracowało paradoksalny sojusz wierności korporacyjnym poleceniom i chęci rozwoju indywidualnych talentów.
Tradycyjne hierarchie przeważnie traktują ekscentryków jako nieszkodliwe wyjątki w ramach reguły. Katolicyzm też miał szalonych i złych papieży, a od czasu do czasu papieży dobrych. Bywało, że w czasie krótkiego karnawału katolicki świat stawał na głowie, a potem wszystko wracało do normy.
Ale fakt, że Franciszek jest człowiekiem niezależnym, może mieć znaczenie. Teraz zaczyna się, jak mówił Max Weber, powolne ucieranie – przekładanie konkretnego programu reform strukturalnych na charyzmatyczną osobowość. Albo całe przedsięwzięcie okaże się, jak to często bywa, jedynie wielkim złudzeniem.
Peter McDonough, autor książki „The Catholic Labyrinth”, jest emerytowanym profesorem politologii na Uniwersytecie Stanowym w Arizonie.
