ME

"Walczę z rakiem. Skłamałabym twierdząc, że lubię to co robię, ale mogę stwierdzić z całą pewnością, że robię to, co w Polsce cieszy się ogromną popularnością. 300 tysięcy Polaków robi to co ja, jednak każdy z nas ma na to swój sposób. Rollowanie i 300 tysięcy sposobów na nie... "

REKLAMA
Kochani,
Rak'n'Rollowe słowo na niedzielę! od hardej Marzenki Erm!
Cmok!
Kapsyda

"Walczę z rakiem. Skłamałabym twierdząc, że lubię to co robię, ale mogę stwierdzić z całą pewnością, że robię to, co w Polsce cieszy się ogromną popularnością. 300 tysięcy Polaków robi to co ja, jednak każdy z nas ma na to swój sposób. Rollowanie i 300 tysięcy sposobów na nie.
Nie będę się mądrzyć. Znam tylko jeden sposób na chorowanie. Swój. Robię to co wszyscy i tak jak każdy robię to po swojemu. W rollowaniu raka chodzi tylko o to, żeby było skuteczne. Wszystkie chwyty dozwolone w walce z nowym tworem.
Najtrudniejsze było podjęcie decyzji o sposobie walki z rakiem. Rozpatrywałam dwie techniki. Pierwszą było niezgrabne wymachiwanie rękami i nogami licząc na to, że może kiedyś, bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafię którąś kończyną w jego krocze tak, że ten już nigdy nie spłodzi żadnej zmutowanej komórki. Druga technika wydawała mi się jednak bardziej sensowna: odebrać mu główną rolę w moim życiu. Zdeprecjonować jego wartość. Sprawić, żeby nie czuł się panem mojego losu.
Rolluje raka, bo nie daje się mu zawładnąć. Nie tracę go z oczu, nie udaje, że go nie ma, ale też nie stawiam go w centrum zainteresowania. Rolluje raka bo cieszę się życiem, na przekór prognozom i niepowodzeniom. Rolluje raka, bo nie daje się mu stłamsić. Rolluje go bo uparcie dążę do szczęścia mimo tego, że bydlak ciąży mi jak kula u nogi. Kula u nogi spowalnia, ale kiedy całe życie ganiało się za czymś, takie spowolnienie kroku może być bardzo ubogacające. W pośpiechu łatwo przeoczyć to, co ważne. Rolluje raka, bo robię pożytek z kuli u nogi.
Rak stawia mi ograniczenia. Owszem, ale ja nie pozostaję mu dłużna. Ograniczam jego udział w moim życiu, odbieram mu prawo do regularnych wizyt w moich myślach. Nie wyrażam też zgody na gaszenie we mnie ognia entuzjazmu, ani okradania mnie z poczucia szczęścia. Rak zabrał mi już wystarczająco dużo. Złodziej radości, skąpiec czasu, kleptoman spokoju. Uzależnia mnie od siebie, każe mi się podporządkować, rządzi moim czasem, tłamsi marzenia, stawia granice...
Granica to coś, co nieodzownie wiążę się z chorobą. Postanowiłam zatem wyruszyć gdzieś, gdzie będę mogła poczuć, że ją przekraczam. Nie tylko tę dosłowną, ale przede wszystkim tę granicę, którą grubą kreską rysuje przede mną rak. W oczekiwaniu na przeszczep szpiku i z pomocą Fundacji Rak’n’Roll postanowiłam wyjechać w podróż. Długą, dziką, daleką, samotną, spokojną, odświeżającą umysł, na owłosionym łonie przyrody. Z widokiem na wielki wóz, z ziemią w butach i kurzem w kącikach oczu. Poczuć wolność, Boskość, potęgę przyrody. Poczuć moc w sobie. Przekonać się, że dam sobie radę, że potrafię, że nadal mam siłę. Kaukaz stał się moim wyzwaniem i moją wolnością.
Chciałabym, żeby te 300 tysięcy walczących wiedziało, że choroba nowotworowa to nie koniec świata i że z rakiem można- dla przeciwwagi- i na drugi koniec świata wywędrować. Kaukaz był moim drugim końcem świata, wielkim marzeniem, wielką wolnością, granicą, którą mogłam pokonać. Chciałabym aby inni chorzy nie rezygnowali z marzeń, nie odstępowali od nich, nie dali się chorobie stłamsić i okraść z entuzjazmu do życia. Chciałabym, żeby poszukali swojego Kaukazu, czyli miejsca, w którym mogą uciec od szarej rzeczywistości chemioterapii i szpitalnych murów. To miejsce nie musi być punktem na mapie. To miejsce to przestrzeń do realizowania tego, co się kocha, co przyprawia o dreszcze albo chociaż o uśmiech na twarzy, kiedy i o niego trudno. To miejsce, to przestrzeń na pasję, na przyjemność, na swobodę i radość, na poczucie wolności. Dla mnie tą przestrzenią są podróże, które dają mi to wszystko, a jednocześnie budują we mnie poczucie mocy i przekonane, że jestem silna i zdrowa. Budzą we mnie chęć do życia, są motywacją do walki, radością na którą czekam, której poświęcam swoje myśli i uwagę, również wtedy, gdy jestem podłączona pod kroplówkę.
Na przekraczanie granic jest 300 tysięcy sposobów. Rollować raka to znaleźć swój sposób na szczęście w chorobie nowotworowej. Nie ma lepszych i gorszych sposobów. Wszystkie chwyty dozwolone".