To jeden z najbardziej piekielnych post-rockowych zespołów świata, a jego członkowie mają iście piekielny talent do robienia jazgotu, który powala, ale uwodzi zarazem. Zespoły post-rockowe, których w ostatnich kilku latach pojawiły się setki, jeśli nie wręcz tysiące, przyzwyczaiły słuchaczy bardzo mocno do pewnych schematów, na których opiera się ten gatunek. Ujmując rzecz w skrócie i z lekkim przymrużeniem oka: muszą być trzy gitary, utwory muszą trwać co najmniej siedem minut, być czysto instrumentalne i składać się z ułożonych na przemian fragmentów głośnych i cichych. To było jasne i bezpieczne, ale niestety, z każdym kolejnym zespołem, który kurczowo trzymał się tego elementarza – coraz bardziej przewidywalne, czy wręcz nudne.

REKLAMA
I być może dlatego to, co oferuje brooklyńska formacja Sannhet jest tak bardzo odkrywcze, pociągające, fascynujące – bo jest z pewnością wielką, świadczącą o sporej oryginalności, siłą tego zespołu to, że z bez litości wyrzuca słuchacza z kolein przyzwyczajenia, zaskakuje go, niszcząc bardzo skutecznie ustalone dawno granice gatunku, zrywa wszystkie zawory bezpieczeństwa.

Koncert tej grupy to przeżycie z gatunku co najmniej niezwykłych i trudnych do zapomnienia: trzech skupionych, choć jednocześnie żywiołowych muzyków robi na scenie przytłaczający, porażający, może wręcz trochę przerażający jazgot. Jazgot gęsty od ogłuszających dźwięków, tak spójnych, zwartych i harmonijnych, że trudno rozpoznać poszczególne instrumenty i poszczególne partie. Ale to jednocześnie jazgot w pełni kontrolowany, świadomy, ściśle podporządkowany regułom, w które wtłaczają go muzycy grupy. Tu nie ma miejsca na robienie przypadkowego hałasu, tu nie ma miejsca na żadne niepotrzebne dźwięki, to muzyka totalna, niemal absolutna.
Na płycie grupy, wydanym rok temu, albumie „Known Flood” brzmienie jest nieco bardziej selektywne, co może nieco zmniejsza intensywność przeżyć podczas słuchania tej muzyki, choć jednocześnie daje trochę lepsze pojęcie na temat tego, jak jest ona skonstruowana, jak sprawnie przekracza granice gatunków, za nic mając święty kanon post-rocka, post-metalu, sludge czy grindu, czerpiąc z każdego z nich tyle i dokładnie tyle, ile potrzeba tej trójce muzyków, żeby przygotować kilkuminutową dźwiękową bombę.
Sannhet to zespół, który stawia słuchacza przed wyzwaniem już samą swoją nazwą – to filozoficzne pojęcie prawdy, zaczerpnięte z pism klasycznych myślicieli doby starożytnej. To grupa trzech muzyków z Brooklynu, która istnieje już od kilku lat, ale głośno o niej zaczęło być dopiero niedawno. Początkowo działała w składzie dwuosobowym, nieco bardziej niż dziś opierając się na elektronice. Pamiątką po tamtym okresie jest epka z trzema utworami, która ukazała się w połowie 2011 roku. Kilka miesięcy później do dwójki muzyków dołączył trzeci – basista. I w tym składzie zespół zaczął pracować nad nowym materiałem – to właśnie on znalazł się na albumie „Known Flood”. Płyta zebrała sporo bardzo dobrych recenzji, a zespół zaczął coraz częściej grywać koncerty, wypuszczając się chętnie poza granice swego rodzinnego miasta. Świetnie przyjęty był występ tej trójki muzyków podczas wiosennego festiwalu SXSW w Austin, co sprawiło, że o zespole robi się coraz głośniej. A jego ostatnie koncerty świadczą o tym, że ci muzycy naprawdę na to zasługują.