To jeden z najbardziej piekielnych post-rockowych zespołów świata, a jego członkowie mają iście piekielny talent do robienia jazgotu, który powala, ale uwodzi zarazem. Zespoły post-rockowe, których w ostatnich kilku latach pojawiły się setki, jeśli nie wręcz tysiące, przyzwyczaiły słuchaczy bardzo mocno do pewnych schematów, na których opiera się ten gatunek. Ujmując rzecz w skrócie i z lekkim przymrużeniem oka: muszą być trzy gitary, utwory muszą trwać co najmniej siedem minut, być czysto instrumentalne i składać się z ułożonych na przemian fragmentów głośnych i cichych. To było jasne i bezpieczne, ale niestety, z każdym kolejnym zespołem, który kurczowo trzymał się tego elementarza – coraz bardziej przewidywalne, czy wręcz nudne.
Koncert tej grupy to przeżycie z gatunku co najmniej niezwykłych i trudnych do zapomnienia: trzech skupionych, choć jednocześnie żywiołowych muzyków robi na scenie przytłaczający, porażający, może wręcz trochę przerażający jazgot. Jazgot gęsty od ogłuszających dźwięków, tak spójnych, zwartych i harmonijnych, że trudno rozpoznać poszczególne instrumenty i poszczególne partie. Ale to jednocześnie jazgot w pełni kontrolowany, świadomy, ściśle podporządkowany regułom, w które wtłaczają go muzycy grupy. Tu nie ma miejsca na robienie przypadkowego hałasu, tu nie ma miejsca na żadne niepotrzebne dźwięki, to muzyka totalna, niemal absolutna.
