Już dawno nikt w tak porywający sposób nie śpiewał o tym, o czym tak naprawdę nieustannie myśli większość młodych chłopaków: o całkowitym braku pewności siebie, który próbuje za wszelką cenę ukrywać za pewnością siebie całkowicie udawaną.

REKLAMA
Ta piosenka to wciąż ta sama historia, którą opowiadało wcześniej już tylu chłopaków, którzy biorą do ręki gitary, żeby wykrzyczeć to wszystko, co ich boli. A, co do tego nikt nie ma przecież złudzeń, w bogatych i spokojnych stronach – czyli tam, gdzie gra się taką muzykę, jaką gra ten zespół - nikogo za bardzo, a najczęściej: wcale, nie boli cała reszta świata, jakieś abstrakcyjne problemy społeczne, jakieś szczytne idee przypominane od czasu do czasu przez najróżniejszych whistleblowerów. Nic z tych rzeczy. Wszystkich boli raczej tylko to, że nie jest się do końca tam, gdzie chciałoby się być, że nie ma się tego, co chciałby się mieć i że dziewczyny się nie oglądają tak bardzo, jak chciałoby się, żeby się oglądały. I z tego bierze się większość takich piosenek. Piosenek, z których dużo jest banalnych i takich samych, z tekstami obracającymi się bezradnie – zupełnie jak ich autorzy – wokół od zawsze tych samych metafor, aluzji i nawiązań.

Ale ta piosenka jest jednak trochę inna. Niemal urocza w swojej zajadłości udawania, że jest o wiele groźniejsza niż jest naprawdę, mocna swoim poziomem szyderstwa, celnością obserwacji, szczerością wściekłości, która ją napędza. Jest niemal rozkosznie radosna w swoich zapewnieniach, że „nie jesteśmy żadnym zespołem, dupku, to jest gang”, w zaciekłym maskowaniu, że wcale nie interesują muzyków te dziewczyny, którym „robią tylko dramaty, Ginsberg i bacardi z cytryną i limonką, robią tylko Okkervil River, Arcade Fire i Eliot Smith”, choć doskonale przecież wiadomo, że tak naprawdę to właśnie one są podstawowym przedmiotem zainteresowania i to właśnie dokładnie o nie chodzi. I wcale nie chodzi przecież o żadne piekło, bo – tak jak pentagram wpisany w łapacza snów na okładce płyty, na której ta piosenka się znalazła – jest ono przecież tylko żartobliwą metaforą, niby groźnym symbolem zamienionym w coś zupełnie pozbawionego mocy.
To wszystko nieważne. Ważne, że to piosenka, od której trudno się oderwać. Piosenka znakomita i znakomicie wprowadzająca do wciąż jeszcze bardzo nikłej dyskografii tego zespołu. Nikłej, bo składającej się w gruncie rzeczy z dwóch krótkich singli, które ukazały się już bardzo dawno temu. Sam zespół, kwartet czterech młodych muzyków, założony został w 2009 roku w Londynie. Nie, nie tym Londynie. W tym drugim, w kanadyjskiej prowincji Ontario, o wiele mniejszym od tego w Wielkiej Brytanii. Powstał – jakże romantycznie! – kiedy przyszłego wokalistę rzuciła dziewczyna. Potem było sto zmian składu, kilka zmian stylistyki, dwie epki i jakieś niejasne historie o zamknięciu się w studio w Los Angeles, żeby nagrać kolejny materiał. Na razie nowej płyty nie widać, pozostaje więc wracanie do dwóch epek. Bo wciąż chce się do nich wracać. Są mocne, świeże, wciągające i ciekawe. Nie dość, że lider zespołu wymyśla świetne melodie, na dodatek pisze nietuzinkowe teksty. Efekt jest taki, że twórczość Single Mothers rozpięta jest gdzieś między wściekłością i energią niczym z płyt takich formacji jak Touche Amore czy La Dispute, a niemal klasycznymi rockowymi patentami, rodem wprost z albumów The Hold Steady. Ta ostania nazwa nie pada tu zresztą przypadkowo – wokalista Single Mothers śpiewa w bardzo podobny sposób jak Craig Finn i w bardzo podobny sposób pisze swoje teksty. I już choćby to sprawia, że Single Mothers wyróżnia się od razu spośród niezliczonych podobnych zespołów.