Warty przynajmniej zauważenia zespół przypomina na swoim najnowszym singlu muzyka, o którym zdecydowanie nie warto zapominać.

REKLAMA
PUP to bardzo młody zespół z Kanady, który właśnie próbuje się – nader skutecznie zresztą – przebijać do świadomości szerszych szeregów słuchaczy alternatywnego grania. Zespołem zdążyło się już zachwycić kilka popularnych amerykańskich blogów, a to zawsze duży krok w kierunku większej popularności, potem zagrał kilka znakomitych i znakomicie na dodatek przyjętych koncertów na ważnych promocyjnych festiwalach: SXSW w Austin i The Great Escape w Brighton. Najnowszy singel grupy i wydany zaraz po nim pełnowymiarowy debiut, mają szansę sprawić, że usłyszy o niej jeszcze więcej osób. Nie dość bowiem, że siedmiocalówka na stronie A zawiera bardzo chwytliwy, przebojowy utwór „Reservoir”, na stronie B znalazł się cover jednego z artystów bardzo cenionych w Stanach, a w Europie dużo mniej znanego, Jay Reatarda.
Trudno podejrzewać młodych punkowców z Ontario o koniunkturalizm, to raczej po prostu hołd i oddanie czci komuś, czyją twórczością ci muzycy muszą się mocno inspirować. Tak czy owak – pomysł jest bardzo celny i już zrobiło się głośno.
I nic dziwnego – Jay Reatard zaczyna wyrastać na prawdziwą legendę amerykańskiej sceny alternatywnej, nie do końca rozpoznany wielki talent, który nie zdążył się do końca zrealizować przed tragiczną śmiercią muzyka w młodym wieku, zaledwie kilka dni po jego trzydziestych urodzinach.
Reatard pochodził z Memphis i pierwszą sprawą, która rzuca się w oczy, kiedy zerknie się na jego dorobek, albo obejrzy poświęcony mu film dokumentalny, zatytułowany „Better Than Something”, jest jego nadzwyczajna aktywność twórcza, prawdziwe artystyczne ADHD. W czasie swojej kilkunastoletniej – muzyk debiutował jeszcze jako nastolatek – kariery, artysta napisał setki piosenek, nagrał kilkadziesiąt płyt, założył kilkanaście zespołów i brał udział w wielu efemerycznych przedsięwzięciach muzycznych. Co więcej – robił wiele, żeby za nic w świecie nie zamykać się w jednym gatunku: choć więc wyraźnie najbliższe były mu cięższe, mocniejsze, gitarowe klimaty, zdarzało mu się też zakładać zespoły ocierające się w swej twórczości niemal o pop, a zamiast gitar na pierwszy plan wysuwające instrumenty elektroniczne.
Z wypowiedzi jego przyjaciół, znajomych i współpracowników, które usłyszeć można w filmie, wynika dość jasno, że Reatard nie dbał szczególnie o promowanie wydawanych przez siebie płyt, nudziły go spotkania z dziennikarzami i udzielanie wywiadów, te wszystkie działania marketingowe, bez których nie da się dziś odnieść komercyjnego sukcesu. Kiedy kończył nagrywanie jednej płyty, myślał już o następnej, zamiast skupić się na promowaniu poprzedniej. I dlatego przez dłuższy czas pozostawał w zasadzie poza zasięgiem radarów większości słuchaczy – dopiero jego ostatnie płyty zaczęły przebijać się do świadomości tych, którzy słuchali alternatywnego grania. Z pewnością pomogły w tym pełne wściekłości i dzikiej energii koncerty, które grał Reatard, pomogło także zainteresowanie ze strony wielu popularnych blogerów. I choć to w jakimś sensie potworne, nie sposób nie zauważyć, że bardzo mocno do zwiększenia popularności muzyka przyczyniła się jego śmierć – nagle bardzo wiele osób zauważyło coś, co do tej pory omijali i przegapiali. A Reatard pośmiertnie stał się niezwykle cenioną, a przede wszystkim inspirującą postacią sceny alternatywnej – nic więc dziwnego, że Kanadyjczycy postanowili oddać mu hołd, nagrywając własną wersję jego bodaj najpopularniejszego utworu.