Mimo bardzo skromnej – i niemal uniemożliwiającej znalezienie czegokolwiek na temat zespołu w internecie – nazwy, ten zespół to naprawdę Coś.

REKLAMA
Wszystko zaczęło się na dobre – tak jak zaczynało się od lat w przypadku wielu zespołów – od festiwalu CMJ, jednej z najważniejszych showcase’owych, promocyjnych imprez muzycznych świata, podczas której narodziło się już mnóstwo wielkich karier. O tym, że warto zobaczyć ten zespół pisali wszyscy co bardziej zorientowani dziennikarze i blogerzy, mówili o tym agenci i sami muzycy. Jak wielu obiecujących debiutantów, Amerykanie zagrali podczas festiwalu kilka koncertów, udało mi się ich zobaczyć jednak dopiero na ostatnim, który był zresztą zarazem jednym z ostatnich występów na ubiegłorocznym festiwalu w ogóle – finałem wielogodzinnego showcase’u, który odbywał się w zupełnie nowym, otwartym dosłownie dzień wcześniej, klubie mieszczącym się dokładnie na granicy między Williamsburgiem hipsterskim i chasydzkim. Muzycy weszli na scenę późnym wieczorem, rozstawili się błyskawicznie i bez słowa zaczęli swój mroczny, mocny, porywający koncert.

Już od początku było wiadomo, że nie będzie lekko – wszyscy członkowie grupy byli ubrani od stóp do głów w nienaganną czerń, na dodatek wyglądali na wyjątkowo zaciętych i małomównych. A pierwsze dźwięki od razu dały do zrozumienia, że najbliższe pół godziny to będzie jazda po ciemku zepsutym rollercoasterem po torze, który w każdej chwili może się rozpaść. A amok, który od pierwszych minut zapanował wśród licznie zgromadzonej w niewielkim klubie publiczności wskazywał wyraźnie, że właśnie tego oczekiwała.
Historia tego zespołu zaczęła się mniej więcej dwa lata temu, kiedy pod zajadle nihilistycznym szyldem spotkało się kilku filadelfijskich muzyków ze sporym doświadczeniem, zdobywanym głównie w zespołach punkowych i metalowych. Założycielem nowej formacji był Domenic Palermo, lider hard core’owo-punkowego zespołu Horror Show, który zdobył sporą sławę na przełomie wieków, ale w 2002 roku zawiesił działalność. Powód był dość brutalny – Palermo trafił do więzienia, skazany za użycie noża w bójce. Po dwóch latach wyszedł na wolność, ale długo nie brał do ręki gitary. Dopiero w 2011 roku zdecydował się ujawnić światu to, co chodziło mu po głowie – to właśnie wtedy światło dzienne ujrzała kaseta demo, zatytułowana „Poshlost” – to było pierwsze wydawnictwo sygnowane nazwą Nothing, wówczas oznaczającą tylko solowy projekt muzyka. Kolejne miesiące zajęło Palermo budowanie stałego i solidnego składu, a kiedy udało się zrealizować ten cel, muzycy zaczęli grać koncerty i pracować nad pierwszymi wspólnymi utworami. Trafiły one na wydaną w mikroskopijnym nakładzie – 300 sztuk – dwunastocalowej epkę, zatytułowaną „Suns And Lovers”, którą wydała japońska wytwórnia Big Love Records. Cały nakład rozszedł się błyskawicznie, a dochód z jego sprzedaży muzycy postanowili przekazać na fundusz pomocy ofiarom tsunami. Kolejna płyta ukazała się już nakładem znacznie większej oficyny – specjalizującego się dotąd przede wszystkim w płytach hard core’owych i metalowych, ale coraz bardziej otwartego na shoegaze z punkowymi korzeniami i mocnym brzmieniem, wydawnictwa A389. Zawierająca pięć utworów epka zatytułowana była „Downward Years To Come”, a każda z piosenek poświęcona była – jak przystało na zespół o bardzo nihilistycznej nazwie i przekazie – słynnemu poecie, który popełnił samobójstwo.
Po tych wszystkich przymiarkach, przedbiegach i rozgrzewkach, przyszedł wreszcie czas na pełnowymiarowy debiut. Album, zatytułowany „Guilty Of Everything”, ukazał się kilka tygodni temu i z miejsca wzbudził prawdziwą gorączkę wśród wszystkich wielbicieli takiego grania – shoegaze’u, który opiera się na bardzo mocnym, hałaśliwym, momentami niemal agresywnym, brzmieniu, a jednocześnie ani przez moment nie traci nic z należnej temu gatunkowi melancholii i nastrojowości. Wygląda na to, że ta płyta, na coraz bardziej zatłoczonym poletku tego typu grania, zdecydowanie wyróżnia się na korzyść – mało który z zespołów działających na tej scenie zdołał w ostatnim czasie nagrać coś tak mocnego, mrocznego, porywającego i smutnego zarazem. Wygląda na to, że muzykom Nothing udało się do perfekcji opanować sztukę tworzenia przekonującego muzycznego nihilizmu.