To jedna z płyt, na którą tej wiosny bardzo czekałem. To jeden z tych autorów tekstów, który ma do powiedzenia bardzo ważne rzeczy i umie to zrobić w niezwykły sposób.

REKLAMA
O tym zespole na scenie niezależnej było głośno już od mniej więcej połowy poprzedniej dekady. Powstał w 2004 roku w miejscowości Grand Rapids w stanie Michigan, a jego członkowie od początku postawili na muzykę, o której w tamtym czasie mało kto chciał pamiętać: pełen pasji i emocji emo-core w swojej najmocniejszej, najgłośniejszej i najbardziej dynamicznej postaci, zwanej często screamo.
Przez pierwszych kilka lat działalności muzycy skupili się przede wszystkim na graniu koncertów i szlifowaniu swoich umiejętności. Na swoje debiutanckie wydawnictwa – na początku tylko epki – kazali czekać swoim pierwszym wielbicielom długie miesiące, a na pełnowymiarową płytę, album zatytułowany „Somewhere at the Bottom of the River Between Vega and Altair” – aż cztery lata. Do końca dekady zdążyli wyrobić sobie niezłą markę na scenie niezależnej i wszystko wskazywało na to, że to jest właśnie szklany sufit, którego za nic nie będą mieli szansy przebić.
A jednak. Zaważyły na tym dwie sprawy, które miały miejsce mniej więcej w tym samym czasie. Pierwsza to kwestia czysto zewnętrzna – otwarcie sceny alternatywnej na gatunki, które do tej pory nie miały na nią wstępu ze względu na swoją ekstremalną formułę muzyczną. Ale kiedy takie zespoły jak m.in.: Fucked Up, Kvelertak czy Iceage stały się prawdziwymi pupilkami muzycznych mediów i zaczęły z powodzeniem koncertować dla publiczności znacznie wykraczającej poza dość hermetyczne granice sceny metalowej czy punkowej, kiedy jednego roku reaktywowały się dwie niemal legendarne dla ostrego grania formacje: At The Drive-In i Refused, grając niezwykle gorąco przyjęte trasy, składające się z koncertów na największych scenach festiwalowych Europy i Stanów Zjednoczonych, wyglądało na to, że słuchacze uciekający dotąd od tak ostrych brzmień, byli gotowi na kolejne zespoły grające właśnie w podobny sposób.
Druga sprawa, która z pewnością pomogła muzykom La Dispute w trudnej sztuce zdobycia szerszej popularności, to fakt, że... nagrali znakomitą płytę. Chodzi o album „Wildlife” z 2011 roku, album w swojej kategorii absolutnie wybitny, pokazujące przy okazji, jak oryginalna jest propozycja tego zespołu. Oryginalność polega przede wszystkim na czymś, co z pozoru wydawać się może co najmniej niezręczne, a może wręcz nie do końca właściwe. Otóż, kiedy słucha się piosenek zespoły zawartych na tej płycie, wyraźnie odnosi się wrażenie, że warstwa liryczno-wokalna wychodzi w nich na pierwszy plan, dominując bardzo mocno warstwę muzyczną. Co więcej, w przeciwieństwie do wszystkich w zasadzie wokalistów innych zespołów poruszających się w granicach takiego gatunku, Jordan Dreyer, który w La Dispute trzyma mikrofon, nie krzyczy, ale raczej deklamuje swoje teksty.
I nic dziwnego – nie są to bowiem tradycyjne teksty, składające się z kilku linijek i powtarzających się fraz. Kiedy spojrzy się na ich zapis, przypominają bardziej krótkie opowiadania, a nie wiersze – i rzeczywiście, to epickie opowieści, dłuższe narracyjne całości, opowiadające o sprawach trudnych i poruszających. Dreyer ma intrygującą zdolność wcielania się w tych tekstach w najróżniejsze postaci, próbując odkryć, co może się dziać w głowie np. odsiadującego wyrok więzienia mordercy. Słuchanie tej płyty dla samych tekstów staje się w związku z tym pasjonującą wędrówką przez drogi, a raczej bezdroża współczesnej Ameryki.
Zespół wydał niedawno swoją kolejną płytę – album zatytułowany jest „Rooms Of The House” i już pierwsze zapowiadające go utwory wskazywały na to, że będzie kolejną artystyczną i intelektualną przygodą. Po jego premierze okazało się, że tak rzeczywiście jest.