Zaczynał od punk rocka, dziś gra taneczną elektronikę, której do punk rocka w gruncie rzeczy bardzo blisko. Ma talent, ale ma pecha. Ciągle coś nie pozwala mu zdobyć szerszej popularności. A nader mu się ona należy.
REKLAMA
Historia tego artysty jest zawiła i pełna meandrów, smutna, a momentami wręcz tragiczna, ale jednocześnie w jakiś sposób także pocieszająca i optymistyczna – w tym sensie, że ten facet mimo przeciwności losu i braku szczęścia, cały czas robi swoje i się nie poddaje.
Zaczęło się jeszcze pod koniec ubiegłego wieku, kiedy dość popularny wówczas punkowy zespół z Bostonu, Ten Yard Fight zaczął intensywnie koncertować po Stanach Zjednoczonych i nie tylko. Na koncerty zabierali swojego znajomego, chłopaka z punkowej załogi, który trochę znał się na kablach. Wesley Eisold świetnie sprawdzał się jako roadie, ale tak naprawdę interesowało go coś zupełnie innego – sam chciał mieć własny zespół. I wkrótce go założył. W 1998 roku w Bostonie zaczęło być głośno o zespole American Nightmare, który wkrótce zmienił nazwę na Give Up The Ghost, w którym Eisold śpiewał, a właściwie – głośno krzyczał o wszystkim, na co w tamtym czasie był wściekły. Grupa nie istniała długo, ale przez kilka lat aktywności zdążyła nagrać dwa albumy, kilka epek i singli i całą masę utworów poutykanych po najróżniejszych punkowych kompilacjach.
Eisold przekonał się, że śpiewanie w zespole to dokładnie to, co chciał robić, nic więc dziwnego, że długo nie siedział w domu i nie rozpaczał z powodu rozpadu Give Up The Ghost. Spotkanie z muzykami z Kalifornii, znanymi wcześniej przede wszystkim ze składu jednej z oryginalnych i najbardziej radykalnych pod względem muzycznym formacji na ówczesnej scenie niezależnej, The Locust, zaowocowało przystąpieniem do tworzonego przez nich właśnie w tym czasie luźnego kolektywu muzycznego, działającego pod nazwą Some Girls. To dla Eisolda rozdział jeszcze głośniejszy i mocniejszy niż poprzedni – grupa oscylowała wokół takich gatunków jak grind czy power violence.
Kolejny etap jego działalności zaczął się w 2007 roku i był dla Eisolda zupełnie nowym otwarciem. Przede wszystkim dlatego, że pod szyldem Cold Cave muzykę tworzył w zasadzie zupełnie samodzielnie, a na dodatek tworzył ją niemal całkowicie bez użycia gitar, z wykorzystaniem głównie komputerów, syntezatorów i samplerów.
Twórczość tego projektu, który nieustannie zmienia skład, to muzyka dość oryginalna, zwłaszcza w kontekście tego, co dzieje się dziś na popadającej w jakimś sensie w coraz głębszą stagnację i podgryzanie własnego ogona, scenie tanecznej elektroniki. Łączą się w nim elementy różnych gatunków i estetyk. Z jednej strony Eisold wciąż pamięta o swoich punkowych korzeniach, nadając wielu kompozycjom bliską punkowym produkcjom dynamikę, z drugiej – chętnie uśmiecha się do mrocznych odmian muzyki elektronicznej, takich jak choćby darkwave, z trzeciej – zdarza mu się czasami zdryfować na wody czystego, niemal beztroskiego synthpopu albo – po czwarte – zagubić się gdzieś w zakamarkach emotroniki. Jednym słowem – jego twórczość bywa nierówna, niespójna, niekonsekwentna, ale w zasadzie na każdej płycie znaleźć można jakiś utwór, który zostaje w głowie na dłużej, porusza albo wręcz porywa.
Tak jest też w przypadku najnowszego wydawnictwa sygnowanego przez Cold Cave. To nie jest tak naprawdę właściwa płyta – oczekiwana już przez fanów tego projektu bardzo mocno trzecia pełnowymiarowa pozycja w jej dyskografii, zapowiadana jeszcze na ten rok. To raczej podsumowanie ostatnich dwóch lat w muzycznym życiu Eisolda, który po rozpadzie kilku kolejnych składów, śmierci jednego ze współpracowników, licznych, mniej lub bardziej udanych koncertach i trasach, postanowił zaszyć się w domu, komponować i nagrywać zupełnie samodzielnie. Efektem tej pracy były wydawane co kilka, kilkanaście tygodni single, które właśnie trafiły do jednego zbioru, zatytułowanego „Full Cold Moon”. A ta piosenka jest jednym z jego najmocniejszych punktów.
